wtorek, 15 października 2013

W.P.

WIELKI POWRÓT.
Nie bijcie ;_;
No więc tak sprawa nr1.
Z WIELKIM bólem serca i po dłuższym snuciu historii stwierdziłam, że zmienie czternastkę gdyż nie pasuje mi do późniejszej (wymyślonej przeze mnie) wersji mojego zacnego (chujowego) opowiadania.
tak ;_;
nr.2
Rozdział nie będzie jeszcze dzisiaj, ale dopiero jak znajdę troche czasu.
( wiecie szkoła, bierzmowanie i te sprawy) Czyli będzie jakoś tak pod koniec tygodnia.
Stawiam na piątek.
Powód mojej nieobecności?
Internet.
A za spam baaardzo dziękuje, jak będe miała czas to poczytam ;3
....
A na przeprosinki :
jedno z moich ukochanych zdj *-*

środa, 28 sierpnia 2013

14.

Mam jakiś napad weny czy co? o:  Przepraszam że tak szybko dodawałam rozdziały ale nie mogłam się tego doczekać i mam nadzieję, ze mi się uda napisać i przekazać wam to co chciałam. Pozdrawiam Laurę, która  od wczoraj jest moją "fanką" XD Pozdrawiam też dziewczynę, z którą odbyłam wczoraj wspaniałą rozmowę i która nie czuje już uczuć...Stąd wzięłam inspirację. Zmieniłam nazwę historii bo ta bardziej pasuje niż tamta.. Ten tytuł pochodzi z piosenki Gunsów i tu się zdziwicie (może) z Rocket Queen. Jak nie wierzycie to sprawdźcie. Muszę dorzucić wam piosenkę do czytania... i chyba zdecyduje się na Kiss ;3
http://www.youtube.com/watch?v=QAvEVrMiEzs  Zapraszam.
___________________________________________________________________________________
 
                                                 People tell me I should win at any cost
                                                But now I see as the smoke clears away,
                                                             the battle has been lost.

Vic.
Obudziłam się.
Nie nic w stylu " otwieram oczy a wschodzące słońce pieści mnie w twarz" już bardziej " moja cholerna szyja..". Ale widok przed oczami też miałam piękny. Mianowicie spoglądały na mnie oczy Izziego. Był już całkiem rozbudzony i palcami przeczesywał moje skołtunione włosy. Opierałam się głową o jego uda.
-Cześć.- przywitał mnie speszony starając się wyplątać swoje długie palce z moich włosów.
-Nie.- powiedziałam zatrzymując jego ręce. Popatrzył się na mnie i kontynuował swoje wcześniejsze zajęcie.
-Jak się spało?
-Nie najgorzej.- poinformowałam go zgodnie z prawdą, jednak sen snem ale poranek był cholernie udany. Jego spojrzenie dawało mi siłę na cały dzień. Kto by pomyślał, że będę potrafiła trafić do tak zamkniętego w sobie człowieka. Kto by pomyślał że...
Że..?
Nie wiem co dokładnie czuję do niego. Zlepek różnych uczuć w sercu. Jednak nie umiałam rozpoznać żadnego. Pewne było to, że bardzo dobrze czułam się w jego towarzystwie. I on chyba w moim też. Miałam przynajmniej taką nadzieję. Obserwował mnie czujnie. Po chwili zwrócił się do mnie szeptem i ostrożnie.
-Powiesz mi co się wydarzyło po koncercie?
Spojrzałam na niego próbując ukryć ból, który zawładnął mną na samo wspomnienie tamtych chwil. Skinęłam tylko głową, próbując połknąć gulę w gardle. Jednak za żadne skarby nie chciała zniknąć.
-Nie śpiesz się. Mamy czas...
Po dłuższej chwili...Pięciu minutach? Dziesięciu? Nie to nieistotne. Drżącym głosem zaczęłam wyrzucać z siebie, mam nadzieję że nie pozbawione sensu, zdania. I wszystko co czułam tamtej nocy.
Wszystko..
W jego oczach widziałam wzrastający gniew. Jego dłonie w gąszczu moich włosów zwinęły się w pięści. Oddychał jak po jakimś długim biegu - szybko i nieregularnie.
-I boję się..boję się Izzy. Tak cholernie się boje...- wypowiedziałam na koniec. On wytarł mi policzki, które były mokre od cichych łez... I z matczyną troską usadził na kolanach i przytulił do siebie. I nie musiał nic więcej mówić. Nie potrzebne mi było już żadne pocieszenie. Wiedziałam że go to obchodzi.  Że znowu niepotrzebnie się mną przejmuję. Ale nic nie mogłam w związku z tym zrobić. Taki już był.
I znowu zasnęłam.

Obudziłam się niewiele później. Izzy łagodnie kołysał mnie w ramionach. Widocznie mu trochę przeszło bo powitał mnie uśmiechem. Odwzajemniłam.
-Może pójdziemy obudzić tamtych?
-Dobra- odpowiedziałam gramoląc się z łóżka. Pod stopami poczułam miękki dywan, na którym zawsze siedziałyśmy i gadałyśmy z Ag..
A teraz?
Nawet się do siebie nie odzywamy. Tak strasznie chciałam się komuś wyżalić. No tak Izzy ci nie wystarczy? Chcesz zniszczyć życie jeszcze jej? I taka oto blokada utworzyła się we mnie. I za nic nie mogłam wydusić swojej tajemnicy.
Zna ją tylko Izzy.
I niech tak pozostanie. Dopóki Mark jeszcze żyje. Do czasu...
Stopy wbiłam w swoje nieodłączne i zniszczone trampki i zeszłam z Izzym na dół po krętych drewnianych schodach. Pokój wyglądał jak po jakimś tornadzie. Zdemolowany doszczętnie. Na porwanej kanapie leżał pies.
Pies? A co tu robi ten zwierzak?
Na fotelu leżał Slash a na nim uśmiechnięta od ucha do ucha Ag. O dziwo ubrani. Nie żebym sie czegoś po nich spodziewała. Ale z Saulem nigdy nic nie wiadomo. Odwróciłam od nich wzrok i kontynuowałam oględziny.  Axla i Stevena gdzieś nie było. Ale sądząc po hałasach na górze, wczoraj mogli się udać właśnie tam. Skierowałam swój wzrok na drugą część pokoju.
I oniemiałam.
Duff i Michelle.
Razem.
I kurwa nago.
Od razu podbiegł do mnie Izzy i mocno przycisnął do siebie zasłaniając mi oczy ręką. Wyrwałam się. Tym razem nie krzyczałam. Nie płakałam. Stałam.
Uczucia przygwoździły mnie do podłogi.
Rozerwały mi serce.
I chciałam umrzeć.
Pierwszy raz..Tak mocno. Ale wpierw zabije ją za to że udawała przyjaciółkę.
I jego.
Za puste słowa.
Kocham cie? Wiedziałam, że w jego ustach to tylko nic nieznaczące dwa wyrazy. Mówiłam żeby poczekać te jebane kilka dni... Wiedziałam.
-Kocham cie?- spytałam wybudzając Duffa ze snu. Spojrzał na mnie zdezorientowany. -Kocham cie? - powtórzyłam głośniej. Od razu zakrył się jakąś zerwaną z okna zasłonką i z przerażeniem oderwał się od błogo śpiącej jeszcze Michelle.
-Ja wszystko wytłumaczę...
-Kocham cię!?- wydarłam się nie przejmując się tym, że obudzę wszystkich. Teraz było mi wszystko obojętne. Skupiałam się na tym, żeby nie rzucić się z wściekłością na Michelle.
-Ale..Ja naprawdę..
-Co kurwa? Co masz mi do powiedzenia? Znowu puste słowa? Znowu te jebane i nieszczere Kocham Cie?- wyrzucałam z siebie słowa z szybkością wystrzałów z karabinu zaciskając coraz mocniej palce na przegubie mojej prawej ręki.
-A-ale Ja cie na prawde Kocham..- jąkał się z przerażeniem.
-Zamknij sie! Nie wierzę ci!- krzyczałam przyciskając dłonie do uszu. Tak bardzo chciałam zniknąć..
Tak bardzo nie czuć uczuć...
Ból.
Smutek.
Żal.
Wściekłość.
Wypełniały mnie..
-Ale ja naprawdę- powtarzał.
-Wiesz co...wiesz.. JESTEŚ JEBANYM ZAWSZONYM DUPKIEM.
No i dałam mu w pysk.
Stał zaskoczony. Axl bił brawo wychylając się zza futryny, widocznie dopiero przyszedł. Pokazałam mu.. chyba wiadomo co.
I wybiegłam.
Na schodkach przed domem siedział spokojnie Steven. Usiadłam obok niego.
I kurwa nie uwierzycie.
Rozpłakałam się.
-Ej mała nie płacz.- i obdarzył mnie jednym ze słynnych wyszczerzy Adlera.
Nie komentowałam tego byłam zaskoczona, że byłam tak do Duffa przywiązana i mimo wszystko był gdzieś tam w moim sercu.
-Moja droga. Proszę się natychmiast uspokoić.- uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego. Dywan dywanem, ale przyznam, że jest całkiem wygodny.
-Wiesz co. To jest niesprawiedliwe.- wymruczałam do jego koszulki.
-Nic nie jest. W końcu na tym polega życie.
-Rady z serii "Wujek Adler"?- spytałam nawet się śmiejąc.
-Jak ktoś cie jeszcze zrani to już ja z nim pogadam..
-Dobrze wiedzieć. Chętnie skorzystam.
-Do usług. Chodź przejdziemy się. Tylko będziesz musiała mnie przytrzymywać.
-Szanowna pani Brownstone?
-Jak ty mnie dobrze znasz..- odpowiedział.
-Widzisz.
Wstaliśmy i odeszliśmy w stronę sklepu muzycznego.
W świetle wschodzącego słońca.
Wspierając się nawzajem.

 And when I think of all the things you'll never know
There's so much left to say
'Cos girl, now I see the price of losing you
will be my half to pay
My half to pay, each and every day, hear what I say
I still love you, I still love you
I really, I really love you, I still love you
Baby, baby, I love you, I, I really, I really love you


___________________________
POZDRAWIAM XD

wtorek, 27 sierpnia 2013

13.

Trzynasty. Powinno być nieszczęśliwie. Urodziny Slasha ;3 Mam nadzieje, ze podołam i napiszę coś co wam się spodoba ;3
___________________________________________________________________________________
21.07.1985r. 
Duff.
Czy jest lepiej? No nie wiem... Niby już się nie unikamy ale  bajką tego nie można nazwać. Może trochę rozmawiamy ale nic poza tym. Jest mi smutno, że nie mogę do niej trafić. Chciałbym...o cholera tak mocno chciałbym ją zrozumieć.. Za to Michelle...Jest spoko i lubie z nią rozmawiać. I jest ładna.. Niewysoka blondynka. Ja pierdole.. weź się w garść. Veronica jest o wiele ładniejsza. I jest twoją dziewczyną.. Czyżby? Chyba woli towarzystwo Izziego.. Zastanawia mnie to, co ona w nim widzi. Czarny, mały jak mrówka i do tego ma takie dziwne spojrzenie. I nie da się z nim dogadać. A ja? A ja to już co innego.  Wysoka samoocena? Nie. Wyniki obserwacji. Moja wina, ze dziewczyny mają mokro jak na nie spojrzę?

-Duff? - przerwał mi głos Ag.
-Tak słucham.- zwróciłem głowe w jej kierunku. Slash to miał jebane szczęście...
-Bo wiesz. - powiedziała siadając obok mnie po turecku.- Slash ma niedługo urodziny...I chciałabym mu zrobić niespodziankę.. i wiesz.
-On zawsze zapomina o kondomach, to racja.
-Co?- zmarszczyła czoło.- Duff ty świntuchu. Nie o to mi chodzi.
-A o co? - zaśmiałem się.
-Chodzi mi o to, że chciałabym mu zrobić imprezę-niespodziankę. No wiesz tak jak dla Vic. - tu zamilkła na chwilę.- A właśnie. Vic będzie? Slash by się ucieszył.
To pytanie do mnie? A skąd ja kurwa mam to wiedzieć? Niech się Izziego zapyta.
-Wyciągnę ją jak coś - mówię.- A gdzie to będzie?
-U mnie w domu. Wiesz gdzie to jest.
-Tak. - mówie uśmiechając się na wspomnienie siedzenia z Slashem w jej krzakach.
-Ok. Ide szukać innych.- zaszczyciła mnie tylko uśmiechem i wyszła.
No popatrz jak czas szybko leci. Ukośnikowi już przybija dwudziestka. Sam ją niedawno kończyłem..

Vic.
Siedziałam w ogrodzie.
Sama.
Nagle usłyszałam stłumione przez trawę kroki.
-Vic?- To Agnes. Bardzo mi jej brakowało. Chciałam wszystko z siebie wyrzucić. Wszystkie podejrzenia, i to że moge...że mogę być w ciąży..I że chcę zabić tego skurwiela. Ale nie dałabym rady.
Jestem taka słaba..
-Tak.- odwracam się. Ale uprzednio nasuwam dokładnie dłońmi ciepły materiał bluzy Axla na moje zabandażowane ręce. Ona nie może tego widzieć.
-Hej.- uśmiecha się blado. - Jak się czujesz?- pyta ostrożnie siadając obok mnie.
-Bywało lepiej.-odwzajemniam uśmiech.
-Mam sprawę.- mówi poważnie i patrzy się na mnie czujnie.
-Słucham?
-Niedługo urodziny Slasha. Chciałabyś pójść ze mną jutro po prezent?
-Dobra nie ma sprawy. - moje słowa spotykają się z napadem szczęścia. Agnes przytula mnie mocno i szepcze do ucha.
-Brakowało mi ciebie.
-Mi ciebie też.

22.07.1985r
Axl.
Jak ktoś mógł coś takiego zrobić dziewczynie?
Jak ktoś mógł coś takiego zrobić jej..?
Jak mogę ja pocieszyć?
-Chrr..-poradził mi śpiący obok Slash.
-Tak masz rację. Po prostu podejść i porozmawiać.- Gadam ze śpiącym człowiekiem? Coś mnie popierdoliło..
-No to idziemy w końcu? - usłyszałem głos wysokiej blondynki "zdobyczy" Slasha.
-Tylko wezmę jeszcze kurtkę.- tu odezwała sie Veronica. Po chwili pojawiła sie w pokoju. Szła powoli, jakby na palcach. Wzrok miała zmęczony powieki wpół przymknięte. Ręce zwisały swobodnie po bokach.
Przystanęła i popatrzyła się na mnie. Dosłownie kurwa utonąłem w jej oczach..
-Idziesz czy nie?- krzyknęła Ag z zewnątrz.
-Już..Już.-wymamrotała Veronica i poszła do drugiego pokoju po kurtkę. Po chwili pospiesznie udała się do wyjścia.
-Ykhym..- odchrząknąłem aby zwrócić na siebie jej uwagę.- Możemy chwilę porozmawiać?
-Ale tylko chwilę..bo się spieszę.-powiedziała. Wyszła i znów wróciła. Stała kilka metrów dalej... Te jebane kilka metrów.. Pamiętałem nasz pierwszy pocałunek..Jej wzrok..Jej usta..Kurwa.. Nieświadomie podszedłem bliżej. Cofnęła się przestraszona. Ale dlaczego? Przecież jej niczego złego nie zrobię.. Ja chciałem tylko...

Vic.
Jego oczy. Lustrowały mnie zachłannie. Jego oczy... Były jak oczy Marka tamtej nocy...
Tyle że Axl patrzył na mnie łagodniej. Ale i tak wystraszona cofnęłam sie do tyłu. Zaskoczenie na jego twarzy. Ból ?
Tak... Ból w jego pięknych zielonych oczach...
Otrząsnęłam sie szybko i głosem wypranym z wszelkich emocji zapytałam
-Co się stało?
-Wiesz...chciałem zapytać..Jak się czujesz.- wydusił z siebie w końcu.
-Bywało lepiej.- powiedziałam. I taka była prawda.. bywało o wiele lepiej..
-Aha..
No to tak wyglądała nasza wspaniała rozmowa..
-Bo wiesz jak coś to..- usłyszałam jego głęboki głos.
-To co..?
-To jestem.

Co to wszystko może  znaczyć? - Myślałam gdy zmierzałyśmy za rece z Ag do centrum handlowego. Czasami nie rozumiem ludzi i tego co do mnie mówią... "To jestem.."? Boże co to znaczy..? I to spojrzenie.. I zapach który mnie owionął gdy wyszedł..Magiczna chwila. Jedna z niewielu. Muszę zbierać te chwilę i kolekcjonować..Aby w dniu mojej śmierci wspomnienia mnie nie opuściły..

-No to masz jakiś pomysł?- spytała mnie nieśmiało Ag gdy przemierzałyśmy pasaż.
-Myślałam ze ty masz..-popatrzyłam na nią.
-Jakbym miała to bym cie o to nie pytała.
-No w sumie logiczne.- podsumowałam.
-Może wejdziemy do jakiejś kafejki?- spytała mnie Ag.
Zgodziłam się. Wybrałyśmy małą i nie uczęszczaną schowaną za wielkim sklepem muzycznym, który z trudem ominęłam. Idealna żeby się ukryć. Ciemny brąz ścian i kanap ładnie kontrastował ze stolikami z jasnego drewna. Ominęłyśmy te ustawione na środku i udałyśmy się w stronę rogu pomieszczenia. Usiadłyśmy i zgodnie kiwnęłyśmy na kelnera. Zamówiłyśmy po kawie i jakimś ciastku. I od razu zaczęło się "przesłuchanie"..
-Ej ja widzę, że coś jest nie tak..-zaczęła ostrożnie.
-Przyszłyśmy, żeby o tym rozmawiać?- uniosłam się. Nie chciałam..nie chcę..żeby się dowiedziała. Niech to pozostanie tylko w najczarniejszych wspomnieniach. Zaliczanych do tych najgorszych..
-Nie ale..Veronica zrozum chciałabym ci pom..
-Nie nie rozumiem! W ogóle jakim prawem mieszasz się do mojego życia?!- krzyknęłam. Chuj z tym, że kelner dziwnie się na mnie patrzy..
-Bo jestem twoją przyjaciółką. I taka jest moja rola.- podniosła głos.
-Ale jak ja nie chcę! Nie chcę rozumiesz?!- wykrzyczałam jej w twarz i przewracając krzesło wybiegłam z kafejki. Byłam zła. Tak bardzo zła... Zaciskając dłonie w pięści wstąpiłam tylko do muzycznego i kupiłam Slashowi jakiś zestaw kostek, nowe struny i czarny futerał. I z nim w dłoni a wściekłością malującą się na twarzy wróciłam do domu.

23.07.1985r
Slash.
Patrz kurwa już dwadzieścia lat.. Jestem starym bykiem. Ale wszyscy jakby o moich urodzinach zapomnieli. Od nikogo życzeń.. Nawet od Ag.. Obudziła się dziś normalnie, obdarzyła mnie promiennym uśmiechem i wróciła do domu. Smutno mi...Nawet trochę.. Chwyciłem więc za gitarę.
Bo nie ma nic lepszego jak gra..
I to właśnie na niej upłynął mi cały dzień.
Ściemniło się a ja usłyszałem jakieś stukanie do drzwi. W domu byłem sam bo reszta poszła się zabawić. Nawet Vic.. A oni jak gdzieś wychodzili to wracali najwcześniej następnego dnia. Więc kto to może być? Stukanie się nasiliło.
-Wejdź...- krzyknąłem ale nie poskutkowało. Wkurwiony odłożyłem gitarę i podążyłem do drzwi. Otworzyłem je, patrzę, a tam kto? Jakiś glina. Rudy, więc nie będzie łatwo.
-Słucham?
-Mam dla pana nakaz zatrzymania. Proszę ze mną.- powiedział spokojnie z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Miał jakiś dziwnie znajomy głos.
-A-ale jak to?- wyjąkałem zdziwiony. No bo dlaczego mieliby mnie aresztować? Nie widziałem powodów.
-No po prostu. Pójdzie pan sam, czy mam użyć siły.-spytał.
-Ale..
-Czyli siłą.- stwierdził i po chwili narzucił mi jakiś czarny worek na głowe. Ręce związał liną. A gdzie kajdanki? Wsadził mnie a właściwie wepchnął  do jakiegoś samochodu i pojechaliśmy. Porwanie.
No kurwa świetnie.

Długo to nie trwało. W zupełnej ciszy dojechaliśmy tam gdzie mieliśmy dojechać. Jednym szarpnięciem zostałem postawiony na ziemi i popchnięty w jakimś kierunku, w którym podążyłem. Skrzyp drzwi. Skrzyp podłogi pod butami. Znajomy skrzyp...
Nagle worek został mi zdjęty, a przede mną zapaliły się światła. Byli wszyscy. I Michelle..?
-Happy fucking birthday too youu!- darł się Steven.
-Ty rudy chuju.- rzuciłem do Axla kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki piosenki. On zaśmiał się tylko i od razu chwycił za butelkę wódki.
-Otwórz prezenty. - powiedział podniecony tajemniczymi pudełkami Steve.
Dostałem nowy futerał, kostki, struny, paczkę kondomów (pewnie od Axla..) Płytę Flogging a Dead Horse Pistolsów, I zgrzewkę Danielsa. Zajebiście.

W tle leciała moja nowa płyta, a ja nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Tak samo jak Vic. Siedziała po drugiej stronie salonu i tylko patrzyła sie na wszystkich. Zauważyła, że się jej przypatruje i uśmiechnęła się blado. Po chwili widok zasłoniła mi Ag.
-Witaj.- powiedziała nachylając się nade mną.
-Dzień dobry.- odpowiedziałem sadzając ją na swoich kolanach. Objęła mnie nogami w pasie. - To był twój pomysł?
-Tak..słaby?- spytała obserwując mnie uważnie i próbując zajrzeć mi w oczy.
-Weź kurwa..bardzo..- nie zdążyłem dokończyć, bo zamknęła mi usta pocałunkiem. Przyciągnąłem ją bliżej do siebie. Chciałem by była blisko. Najbliżej jak się da. Obsypywałem pocałunkami jej szyję i byłem tak strasznie cholernie podniecony, wyczuwając jej delikatną i miękką skórę pod palcami.
-N-nie..Slash..Nie teraz.- szepnęła i odwróciła głowę. Nie powiedziałem nic tylko ją przytuliłem.
Nic nie szkodzi. Mam nadzieję, ze zdążymy się jeszcze sobą nacieszyć.
Na pewno.

Vic.
Slash i Ag tulili się w najlepsze. Axl, Steven i Duff obracali miedzy sobą Michelle a ja siedziałam na podłodze i patrzyłam się na Izziego. I patrzyliśmy się tak na siebie...
Muzyka została podgłośniona mnie rozbolał łeb więc po chwili wewnętrznej konwersacji udałam się na górę do pokoju Agnes. Skulilłam się w pozycji embrionalnej i zapatrzyłam w zaklejoną plakatami ścianę.

Myśli były puste..

-Mogę?- zapytał szeptem Izzy uchylając drzwi.
-Tak. Proszę.
Cichy jęk łóżka gdy na nim siadał.
-Wszystko ok?- spytał kładąc mi rękę na plecach. Odwróciłam się w jego stronę.
-Nie, i nigdy nie będzie.-odpowiedziałam patrząc mu w oczy.- Przecież wiesz.
-Nie mów tak.
-Ale to prawda.- wyszeptałam podnosząc się z łóżka.
-Nie.
-Tak.
-Nigdy więcej tak nie mów. Nigdy.
I mnie pocałował.

Nikt nie potrzebuje smutku,
Nikt nie potrzebuje bólu 



____________________________________________
Nie wyszło ;_;
Zresztą oceńcie sami.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

12.

Nie wiem jak wyjdzie rozdział. A 13 napiszę jak będzie 1000 wyświetleń XD Żartuje.
Może..
____________________________________________________________________________________
Duff.
Próbowałem zająć się rozmową z gołąbeczkami- Slashem i Ag. Niezbyt mi się to udawało, jednak oni nie zwracali na mnie nawet uwagi. Gruchali sobie kurwa w najlepsze. Usiadłem więc na kanapie i z puszką piwa w ręce obserwowałem jak się droczą o jakieś pierdoły. "Kłótnia" trwała w najlepsze gdy nagle wpadł Izzy z Axlem.
-Vic zniknęła.- powiedział w miarę spokojnie czarnowłosy.
Że kurwa co? Na początku przyznam sam się trochę przestraszyłem, ale przecież jest wolnym człowiekiem, i może robić co jej sie podoba.
-Może wyszła na spacer.- powiedziałem udając, że mnie to nic nie obchodzi...Udając
-Sam mu to mówiłem. - rzekł Axl siadając obok mnie i wyrywając mi z rąk puszkę.
-Przecież by mi powiedziała, jakby poszła.- gorączkował się Iz.
-Człowieku. Byłeś na scenie..Miała wbiec i ci powiedzieć? Izzy gdzie twój mózg?- zakpił z przejętego Stradlina Rudzielec.
-A spierdalajcie. - i wyszedł.
Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni.
-Czyżby Izz się zakochał? - wyszeptała Agnes.
Wzdrygnąłem się na te słowa... No tak, on nie udaje, że go to nic nie obchodzi.. Po chwili w drzwiach znowu pojawił się czarnowłosy.
-Ej..Stevena też gdzieś nie ma...

Vic.
Boże... Za jakie grzechy.. Ręce Marka wędrowały sobie swobodnie po moim ciele. Chciałam się wyrwać ale przydusił mnie ciężarem swojego ciała do ściany. Byliśmy za klubem. Obskurna uliczka z kilkoma powywracanymi koszami na śmieci. Ciemno jak w dupie.
-Puść. - szepnęłam.
Nie odpowiedział tylko wykręcił mi nadgarstek. Krzyknęłam z bólu. Uderzył mnie w twarz. Spojrzałam na niego ze złością i odepchnęłam z całej siły. Poleciał na powywalane resztki jedzenia. Rzuciłam się w stronę drzwi.
Zamknięte.
Panika...
Zaczęłam szarpać za klamkę i krzyczeć. Słyszałam jak on tam z tyłu podnosi się na nogi i otrzepuje.
-To nic nie da...
Uderzyłam ostatni raz w drzwi i złapałam się za głowę. Podszedł do mnie powoli i przytulił. Wyrwałam sie. Znowu ponowił próbę. Znów się wyrwałam.
-To nic nie da. - wycedził łapiąc mnie za rozpuszczone włosy i  szarpnięciem odchylając moją głowę do tyłu. -Nic..- powtórzył i wpił się w moje wargi. odpychałam go od siebie ale zablokował moje ręce za moimi plecami i nie miałam jak sie ruszyć. Ugryzłam go więc w natarczywie napierające na moje usta wargi. Przeklną..
I uderzył mocno w brzuch... Po chwili poczułam jak rozrywa mi koszulkę.. Trzęsącymi się rękami chwyciłam za zamek kurtki i próbowałam zakryć gołe ciało.. Uderzał mnie po rękach próbując mnie zniechęcić. Widząc że to nic nie daje zabrał się za spodnie i rozerwał mi nogawkę. Spojrzałam na niego z strachem. Przestał.
Cofnęłam sie do tyłu.
-Przepraszam.-wyjąkał i uderzył mnie jeszcze czymś w głowę
Nic..
I chcę umrzeć...

-O kurwa...-usłyszałam krzyk jakiejś dziewczyny. Otworzyłam z trudem oczy. Zaatakował mnie ból...
Było ciemno a chłodny wiatr smagał mnie po brzuchu. Zerknęłam w tamtą stronę. Koszulkę miałam rozerwaną, a czerwone i bolesne plamy rozkwitały na moich żebrach na lewym biodrze miałam jakieś zadrapania. Spodnie były porozrywane, nogi pobite... w prawej łydce miałam wbite szkło...
Ciemność.
Ręce..
Mark..
Zaczęłam płakać.
-Ej...Nie płacz.- usłyszałam głos tamtej dziewczyny. Po chwili pomogła mi wstać. Ledwo stanęłam na nogi, więc mnie przytrzymywała. Złapałam się za głowę.
-Uważaj.- powiedziała tylko.
Zerknęłam na dłoń. Cała we krwi. Wstrząsnął mną szloch. Popłynęły łzy bezsilności..
-Pamiętasz co się stało?- zapytała mnie prowadząc w stronę tylnego wejścia do klubu.
Chwyciła za klamkę, którą niedawno tak rozpaczliwie szarpałam.
-Nie..-wyjąkałam wiedząc, że to nie prawda. Ale co miałam powiedzieć? Przecież on mógłby mi coś zrobić..
Mogę skończyć jak Lu..
Posadziła mnie na kanapie i przykryła jakimś kocem. Wyszła i wróciła ze szklanką wody..
-Jestem Michelle. Michelle Young. Jestem kelnerką a ty?
-Veronica. -wyszeptałam i upiłam kilka łyków wody. - Ja...Ja tu tańczę.- wyjąkałam ze wstydem spuszczając głowę.
-Nie jesteś za młoda?
-Może..
-Poczekaj tu chwilę pójdę porozmawiać z szefem.
-Nie!.- krzyknęłam i pomimo protestów mojej bolącej głowy zerwałam sie z kanapy zrzucając koc na podłogę -Nie trzeba.
-Jak chcesz. - powiedziała otwierając drzwi.- ale przecież ktoś musi cie odprowadzić. - i wyszła.
Musiałam się nad tym wszystkim poważnie zastanowić...
A jak on mnie.. Boże..Nie docierało to do mnie.
On przecież mógł mnie zgwałcić.. Nie... Jak..O Boże..
Schowałam głowę w dłoniach. Próbowałam coś sobie przypomnieć ale pamiętałam tylko jak mnie czymś uderzył.. I nic.
-Już możemy iść. - powiedziała po powrocie Michelle.- To powiesz mi gdzie mam cie odstawić? - spytała kiedy wyszłyśmy z klubu. Była już noc.
Było już ciemno.
Tak bardzo chciałabym się schować...
-Sunset strip.
-A dokładniej?
-Taka rudera obok muzycznego.

-Vic! Ej chłopaki Vic wróciła. - Usłyszałam głos, który wypowiedział niedawno tak bardzo raniące mnie słowa..
Duff.
Po chwili podbiegł i mnie wyściskał. I powiedział, że przeprasza. I że mnie kocha..
I jest okej?
Czekaj? A z czego on się cieszy? Z tego że wróciłam? No to niech mnie jeszcze zobaczy.
-Vic. - usłyszałam Izziego i po chwili dosłownie tonęłam w jego objęciach.
-No to jedną zgubę mamy już z głowy. - powiedział Slash tuląc zapłakaną Ag. Uśmiechnęłam się w środku na ten widok.
I nastał czas jebanego tulenia się.
Tak, nie lubie czułości. Nie są mi do niczego potrzebne.
Ja chcę kurwa trochę szczęścia.

Zaginął Steven.
Wyruszyli na poszukiwania od razu po moim przyjściu. Oczywiście z nową koleżanką-Michelle. Zostałam opatrzona ochuchana i chuj wie co jeszcze i sama z Izzym, który w naszym "salonie" przyjmował klienta.
Siedziałam więc cicho w drugim pokoju.

Mark.
Jak mógł...
To boli. Kurwa, czemu to wszystko tak cholernie boli...?
Wszystko we mnie krzyczało. Ja chcę zniknąć.
W końcu.
Niech to się wszystko skończy.
Ja..ja nie chcę już dłużej żyć.
Wsunęłam dłoń do kieszeni moich porwanych spodni. Tam owinięta w białą chusteczkę.
Czeka...
Nie.. Nie mogę..
Mogę.
I to zrobie, przecież dobrze o tym wiem.
I znowu na nowo odwijam swoje bandaże.
I znowu na nowo rozdrapuje stare rany.
Stare ale nadal aktualne...
Krew...
Słabnę.
-Vic..Obiecałaś.- słyszę gdzieś Izziego.
-Nie zawsze gra się czysto.
Nie zawsze dotrzymuje obietnic...- odpowiadam tylko...

 W głowie czujesz zamęt, lecz nie pozbędziesz się go, jakbyś nie wiedziała.
__________________


Słabo wyszło. Wiem.


piątek, 23 sierpnia 2013

11.

Już piąteczek i tylko tydzień do szkoły :c. Wiadomo, że w roku szkolnym będę dodawała...mniej XD i może zacznę dawać One Shoty. No a dziś zostawiam was z obiecywaną wczoraj 11 miało jej nie być, ale wena zbudziła o 5 ;__;. Zostawiam was z weselszym? Nie i tak naplącze ;3
O BOŻE SŁUCHAM NA OKRĄGŁO :OO http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=cLfzu0CeyMQ  
+dodałam zdjęcie tego Marka, wreszcie możecie zobaczyć tego zajebiście przystojnego skurwiela ;3
___________________________________________________________________________________
Izzy.
Starałem się jak mogłem, by jej pomóc. Nie było tak łatwo... Zauważyłem jednak, że lubiła moje towarzystwo. Najbardziej lubiła ze mną milczeć albo śpiewać- w zależności od jej nastroju. Próbowała trochę gotować ale nóż "sam jej uciekał" w stronę bladej i jeszcze nie poranionej skóry kiedy Duff przybywał do domu albo chociaż stawał w drzwiach. Tak więc na powrót żywiliśmy się gulaszem lub herbatnikami. Mi osobiście wystarczała sama woda.  W każdym bądź razie jakoś sobie radziliśmy. Te kilkanaście już wspólnych miesięcy z chłopakami  i byliśmy bliscy sobie niemalże jak rodzina. Veronica wiele razy chciała mi dać duże sumy pieniędzy "na jedzenie, czy tam na co chcę". Nie tylko ze względu na to, że chciała ich się zwyczajnie pozbyć, chciała nam też pomóc. Myślała o nas. Jako prawdziwy dżentelmen jej odmówiłem, tak więc dawała "potajemnie" Slashowi jakąś kasę, a ten zamiast zaopatrzyć nas w jedzenie, kupował alkohol i fajki. I to trzeba przyznać. Tego akurat nam nie brakowało.
Całe dnie spędzała "z dala" (jeżeli tak się dało w tym garażu..) od nas leżąc zwyczajnie na podłodze i wpatrując się w przyznam sam- niezbyt czysty sufit.  19 zrobiliśmy "małą" imprezę i obrobiliśmy kilka naiwnych lasek i z cnoty i z kasy. Ale wracając na chwilę do Slasha, nie można było na nim polegać w kwestii zakupów. Procenty procentami ale samym alkoholem człowiek nie żyje ( no ok tylko Slash..) Wracając do tematu. Żal było na nią patrzeć. Duff omijał ją szerokim łukiem ale w oczach też miał taką samą jakby pustkę.. Czyżby go to nie obeszło? Nie wiem. Trudno jest się dogadać z najebanym Stevenem, a to on spędzał najwięcej czasu z Michaelem. Chciałem jej pomóc, albo chociaż częściej z nią przebywać. Nie mogłem. "Interesy". Axl nie pomagał z tymi swoimi głupimi docinkami i żartami "jaka to długa jest jego trzecia noga" A Vic? Mizerniała z dnia na dzień. Chyba nie powinna iść na koncert. Koncert? Będą z dwie góra trzy osoby. Wiele nie zarobimy to pewne, a trochę by się przydało.  Struny nie są samoodnawialne.. Mogę poprosić Veronicę. Ale uważam, że to głupio przyznać się do tego, że piątka fizycznie ( nie, nie psychicznie) dorosłych facetów nie umie się utrzymać...

Slash.
Wreszcie jakieś zajęcie. No zgadnijcie, czy mieliśmy próby. No kurwa tak. Jakieś były. Ale panu idealnemu (czytaj Pieprzonemu Panu Rose) nic nie pasowało.  Uparł się na nasze dwie nowe piosenki. A my kurwa mamy się podporządkować bez gadania. Szczęście, że była Ag. Siedziała na wszystkich próbach ( była tylko kurwa jedna czy dwie) a raz nawet zabrałem ją kurwa na spacer. Rozmawialiśmy o Vic. Ja w sumie coś podejrzewam, ale te podejrzenia nie są zbytnio miłe, więc nie poinformowałem o nich mojej rozmówczyni. Ale Vic jest dobra. Lubiłem ją. To dzięki niej miałem na fajki i Danielsa. Lubiła jak jej gram. Bez zbędnych rozmów. I tego mi brakowało. Zwykłego grania. Ale w sumie można powiedzieć, że rozmawialiśmy. Muzyką.
Chwytaliśmy za gitary i porozumiewaliśmy się dźwiękami.
I było zajebiście.
Aż do koncertu.

-Slash?- usłyszałem za sobą szept. Zbieraliśmy się właśnie z chłopakami do wyjścia. Godzina dwudziesta piętnaście. Wiadomo chcieliśmy być "wcześniej"..  Odwróciłem się. Stała tam opierając się o ścianę. Miała podkrążone oczy, zmęczone spojrzenie. Długie włosy były rozpuszczone i po kołtunione. Ubrana była w bluzę z długim rękawem, którą sam na jej prośbę jej kupiłem i długie spodnie. Przytrzymywała się za głowę.
-Słucham?
-Mogę mieć do ciebie prośbę? - spytała z nadzieją.
-Oczywiście.-odparłem.
-Wróciłbyś po mnie..?
Popatrzyłem na nią jak na nienormalną. W tym stanie? No chyba nie..
-Proszę..-spojrzała na mnie z nadzieją.
-Veronica, czy ty widziałaś..
-Tak. - zacisnęła wargi w jedną kreskę. - Po prostu chciałabym tam być, to dla mnie ważne.
-Slaaash idziesz? - darli się jak debile chłopaki.
-Proszę..
-No dobra będe za pięć minut.- i poleciałem do samochodu.
Pięć minut później, to my byliśmy dopiero pod klubem. Ku ogólnemu zdumieniu wsiadłem jeszcze raz do samochodu i się wróciłem. Czekała na mnie przed Hell Housem. Uczesała się i pomalowała, jednak zmęczenia nie ukryła. Ubrała bluzkę z Stonesami i czarną skórzaną ramoneskę i czarne spodnie. Na nogach  miała czerwone conversy.
-Wsiadaj. - krzyknąłem tylko i bez wyłączania silnika czekałem, aż wsiądzie. I od razu ruszyłem.
Jak można się było domyśleć byłem tylko kilka minut przed rozpoczęciem. Kiedy zaparkowałem i wysiedliśmy od razu popędziłem do środka rzucając tylko przelotnie okiem na wiszące na słupach plakaty
Na zapleczu Axl zwracał ostatnie uwagi i sam był nieźle zestresowany. Ludzi pod sceną była zaledwie garstka ale cud, że w ogóle ktoś przyszedł. Jakieś gostki rozkładały nasz sprzęt. Chwyciłem i swoją gitarę i zacząłem pogrywać jakieś siedzące mi w głowie piosenki.
-Ok już możecie wejść chłopaki.- poinformował nas miły facet. Mark- właściciel.

Duff.
Weszliśmy po tym jak Mark nas zaprezentował. Zaczęliśmy od Reckless Life - oczywiście durnowaty pomysł Axla, by grać nasze piosenki...
-Walę wszystko i nie czuję bólu
Wiesz, że nie muszę się kontrolować
Żyję wśród niebezpieczeństw,
Teraz już zawsze na ostrzu
We łbie kłębią się wizje milionów dolców

Taki sposób na życie
Nigdy mnie nie pogrążył
Wiem jak przetrwać
Ty wiesz, że znam swoja rolę

Skrzeczał nasz  wokalista. Grałem całą duszą i sercem jak zawsze, ale myśli o czym innym zajmowały moją głowę. W uszach brzmiał krzyk Veroniki po moim wyjściu. Słyszałem go za zamkniętymi za sobą drzwiami... Zresztą Steven mi potem wszystko opowiedział...Boże co ja zrobiłem...Jestem strasznym skurwysynem. Izzy potem ze mną rozmawiał i wyjaśniał, że ona po prostu się źle czuła i musiał jej pomóc.. A ja nazwałem ją dziwką... No cóż przecież mogę podejść i przeprosić. Nie. To nie jest takie proste, jak się wydaje. Ja może nie powiedziałem tych słów na głos ale tak o niej pomyślałem. Nie wiem czy to nie jest gorsze. Zresztą jak ona się mogła czuć... I co ? Mam teraz tak powiedzieć "przepraszam" i oczekiwać, że tak po prostu wpadnie mi w ramiona? nie... To chyba tak nie działa..
Gładko przeszliśmy do piosenki Shadow of your love.

I nie stoję tam, gdzie nigdy nie stałem
W cieniu twojej miłości
Cieniu twojej miłości
Cieniu twojej miłości
Cieniu twojej miłości

Nagle ją zauważyłem.  Stała opierając się o stolik. Miała zamknięte oczy a po policzku spływała jej łza... Lekko kołysała się w takt muzyki. Była taka strasznie krucha.. Tak bardzo chciałbym ją teraz przytulić. Poczuć zapach jej długich włosów...
Duże, czarne chmury wiszą nad twoją głową
Mam nadzieję, że słyszałaś, to co ci powiedziałem kochanie
Opowiesz, to co ci powiedziałem
Nie warto płakać, jesteś prawie martwa
...



Steven.
Różowe hasając jednorożce wokół mnie nanannananana. Zatańczmy razem nannanan.
-Kiedy wreszcie ruszysz do miasta?
Do miasta, gdzie to wszystko się zaczęło.

Wydarł się Axl, i spłoszył moje jednorożce.
Zajebie go jak wrócimy..

Axl.
Szło gładko. Ludzie dobrze się bawili a mój lekki stresik już się ulotnił. Na scenie dobrze sie czułem.  Niestety nasz kameralny koncert miał się za chwilę skończyć i trzeba będzie wrócić do domu. Do problemów. W szczególności do Duffa i Vic. Nie. Juz nie Duffa i Vic. Już nie byli razem. Chyba. Ale krzyczała strasznie... A teraz stała sobie przy jednym ze stolików i słuchała nas z zamkniętymi oczami. I wyglądała pięknie mimo malującego się na jej twarzy zmęczenia. Tak bardzo chciałbym aby nie była smutna, tak bardzo chciałbym jej wytrzeć łzy..ale no cóż nie jestem dobry w pocieszaniu kobiet. To nie tutaj.. W Los Angeles nie pociesza się kobiet w taki sposób..
Tak bardzo chciałbym..
Sprawiasz, że czuję się taki samotny
robię się taki samotny
robię się taki samotny, że mógłbym umrzeć.


Vic.
Ich muzyka... Mnie otacza...
Cieszę się, że Slash dał się namówić. Izzy co raz zerka w moją stronę jakbym miała się za chwilę rozpaść.
Znowu się martwi...
Nie może...
Nie chcę...
Nagle ktoś ciągnie mnie za rękę. Tracę chłopaków z oczu. Krzyczę, ale mój głos tonie w ostatnich taktach Hartbreak Hotel.
Ciemność.
-Myślisz, że to tak za darmo...- słyszę cichy głos Marka obok mojej głowy..
Czuję jego natarczywe ręce na sobie.
I chcę umrzeć...  
___________________________________________

więc jeżeli twoje kochanie cię zostawiło
i masz historię do opowiedzenia
po prostu przejdź się samotną ulicą
do hotelu złamanych serc.

 

czwartek, 22 sierpnia 2013

10.

Dziesiąty. Krótki. Dzięki za 551 wyświetleń ♥. Tak tak zmieniłam to zdjątko tam wyżej. Wiem..dupne ;3 No to tak zapraszam do czytania. A za oknem u mnie pada taki deszcz...Chciało by się powiedzieć: I write in a cold November Rain...
Proszę tak do czytania..https://www.youtube.com/watch?v=wFFQXPFC9ag
____________________________________________________________________________________
Vic.
To koniec..?
To wszystko się skończyło?
Tak.. po prostu?
Ciężar tych myśli mnie przytłacza..
Upadam na kolana.
Krzyczę.
Przyciskając dłoń zduszoną w pięść do piersi.
Chcę wykrzyczeć z siebie cały ból. Ten który zagnieździł się głęboko we mnie. Ułożył sobie posłanie w moim sercu. Z drutu kolczastego uwił sobie kołyskę. Krwawe śpiewa kołysanki.
Drżę na całym ciele.
Cały ból uderza teraz we mnie ze zdwojoną siłą. Całe zło... Moja chwila słabości.
Wykorzystaj ją dobrze.
Nie płaczę...Krzyczę.
Płacz to za duży luksus..
A krzyczę przeraźliwie. Nie rozróżniam nawet swoich słów. Pięściami uderzam w swoją klatkę piersiową.
Budzę ból...
I jest mi lepiej? Nie. Ból dusi. Ból...boli.. Tak strasznie.
I uderzam się jeszcze raz. Za Marka... Za Mamę...Za Tatę...Za Duffa...
I krzyczę.
Chcę wykrzyczeć z siebie cały ból.
Ale on tak szybko nie odejdzie. Ciernie ciężko się wyjmuję z serca...
Izzy coś do mnie mówi. Jakaś goła dziwka przebiega mi przed nosem. Steven stoi przerażony. Axla zamurowało. Slash zerwał się gwałtownie mamrocząc pod nosem przekleństwa.
A ja krzyczę.
Po dłuższej chwili czuję na ramieniu ciepłą dłoń Izziego.
Natychmiast milknę.
Dopiero teraz zaczynają mi płynąć łzy. Cisza przytłacza tak samo jak ból.
I uderzam się jeszcze raz.
W jednej chwili dopada do mnie Iz. Jednak cios pada. Wydaję z siebie zduszony szloch. Chowam twarz w rękach. Stradlin siłą podnosi mnie z podłogi. Prowadzi ostrożnie do drugiego pokoju. Ktoś coś do mnie mówi. Nie słyszę.
Nie słyszę?
A może nie chcę słyszeć. Chcę się od wszystkiego odciąć...Odciąć...
Raz a dobrze. 
Siadam.
I znów kiwam jakbym miała jakąś chorobę sierocą w takt piosenki uderzam palcami w uda. I śpiewam.

Zostały tylko kłamstwa i złamane obietnice 

 ''Mimo znaków na ścianie, ona chce mieć pewność.
Bo wiesz, że czasem słowa są dwuznaczne.
Na drzewie przy strumyku, siedzi ptak, który śpiewa.
Czasem nasze myśli pełne są obaw.
''


A w sercu czuję taką straszną pustkę.
Takie nic.
I nie ma już "nas".
A może nigdy nie było?
A może..a może po prostu się przesłyszałam? Tak na pewno. Kurczowo czepiałam się tej urągającej logice hipotezy.  Łzy lecą po moich policzkach jak z wylanego wiadra. Jak deszcz..Zimny listopadowy deszcz.. Przede mną kuca Iz.
-Za chwilę wrócę, ok?-mówi tylko.
Mówi do mnie? Mnie już tu nie ma. Wyszłam. Nie wiem kiedy wrócę.
Kiedy się nie żyje nic się nie pamięta.
Ale ja pamiętam...Za dużo. Czy to znaczy że żyję? Nie wiem.
W tej chwili nie wiem niczego.
Jestem nikim.
Nic.
Boli.

Są dwie ścieżki, którymi możesz pójść, ale na dłuższa metę
Jest jeszcze czas do zmiany drogi, którą dążysz.



Automatycznie wstaję, lekko się zataczając od gwałtownie wykonanego ruchu i ruszam w kierunku rzuconego na podłodze płaszcza Izziego. Długi czarny z milionem kieszeni. Tam, w jednej z nich schował moją przyjaciółkę...Przetrząsam je pośpiesznie. Czuję w palcach chłód jej ostrza i przyjemny ciężar. Obracam ją powoli i niezgrabnie w lewej ręce. Syczę z bólu. Rany lewej ręki zaczynają krwawić. Bandaż nasiąka. Na śnieżnobiałym opatrunku pojawiają się rubinowe plamy. Zbliżam trzęsącą się ręką ostrze do skóry.
Przecinam jej delikatne tkanki.
Pierwsze cięcie za Michaela
Drugie cięcie za Michaela.
Trzecie cięcie za Michaela.
Czwarte cięcie za Michaela.
Piąte cięcie za Michaela.
Szóste cięcie za Michaela.
Siódme cięcie za Michaela.
Ósme cięcie za Michaela.
Dziewiąte cięcie za Michaela.
Dziesiąte cięcie za wszystkie rany i za cały duszący mnie w środku ból ...
Odcinam się od wszystkiego. Odcinam od nich. Jestem tam. Za ścianą.
Ból.
Uśmiecham się. Kochany przyjaciel ból. Tylko jemu można zaufać jak powie, że będzie z nami codziennie i na zawsze. Czuć jego przerażający oddech na szyi.
Codziennie.
Nagle zaczyna mi się kręcić w głowie.
Słabnę.
Ciemno.

 W głowie czujesz zamęt, lecz nie pozbędziesz się go, jakbyś nie wiedziała.

Światło?
-Czy już umarłam?-pytam się szeptem..siebie?
-No kurwa jeszcze tego by brakowało.-mamrocze ktoś obok mnie.
Izzy?
A co ty robisz w piekle?

 Droga damo, czyż nie słyszysz jak wiatr wieje, i czy wiedziałaś,
Że Twoje schody wspierają się na szepcącym wietrze?



-Pamiętasz co ci mówiłem?-pyta mnie po raz 4629491 Iz, pakując bandaże do małej apteczki.
-Tak.-mamroczę po raz 4629491 wżerając podanego mi przez mojego "opiekuna" batona.
-Powtórz.
-Ehhh..."Kurwa, Veronica i musisz więcej jeść. Chcesz mi tu kurwa zemdleć jeszcze raz i trafić do szpitala?"
-Bardzo dobrze.
Siada na przeciwko mnie. Kończę batona i podnoszę się ze zrobionego dla mnie "łóżka". On chwyta mnie mocno za dłonie.
Nagle ni z chuja ni z dupy zaczynamy śpiewać. Jednocześnie..
Bywa, że płaczę. Łzami ciężkimi
jak deszcz
Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?
Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?

Uśmiecham się przez łzy. Gładzę kciukiem wierzch jego lewej dłoni. Jego długie palce zamykają moje drobne dłonie w mocnym uścisku. Nagle jego spojrzenie poważnieje.
-Nigdy. Obiecaj mi. Nigdy więcej tego nie rób.- patrzy znacząco na świeżo zabandażowaną prawą rękę. Spuszczam wzrok. Robi mi się głupio...Nie wiem w sumie dlaczego. Przecież sama to sobie robię..Dlaczego się tego wstydzę? Powiedzmy to głośno i wyraźnie..
Okaleczam się...
I jest mi głupio? Dlaczego..? Ten palący wstyd...
-Prze..przepraszam.- szepczę unosząc wzrok.
-Ej. Nie masz za co przepraszać. Tylko obiecaj...
Obietnice się dotrzymuje. Przeważnie..
-Obiecuję.- szepczę.
-Wszystko będzie dobrze.
Dotykam słów na jego ustach. Chciałabym, aby były namacalne, abym mogła się ich uchwycić.
Aby stały się prawdą...
I gdy z wiatrem zbiegamy wzdłuż drogi,
Nasze cienie stają się wyższe od dusz.


17.07.1985r. (następny dzień)
Nie ma mnie.
Pustka.

18.07.1985r.
Izzy w "interesach". Nie ma go.
Nie ma mnie.
Duff mnie ignoruje.
Ból.
-Przecież obiecałaś.- krzyczy głos w mojej głowie.  
Obiecałam.
Nie zawsze gra się czysto.
Nie zawsze dotrzymuje obietnic...

19.07.1985r.
Duff nadal mnie ignoruje.
Nie ma mnie.
Pusto w sercu.
(...)Złamane obietnice...

20.071985r.
Dzień koncertu. Pójdę.
A może nie...
Nie wiem. Nie ma mnie.
Chyba muszę.
Nie.

Być skałą, lecz nie staczać się.
_______________________________________________________________________________
Tyle na dzisiaj, bo wychodzę... Jutro 11 ;3
tu    masz coś takiego, co się nazywa reakcje. 
   |
   |
  V   Zaznacz.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

9.

Dziewiąteczka ;3 Nie mam pomysłu kogo by tu pozdrowić. Pozdrawiam Ciebie drogi czytelniku 8))) I Magdę, która miała skomęcić ;_; I za to, że przyszła i zrobiłam sobie przerwę w pisaniu i że robi sobie z tyłu słitki (?) i nie mogę się skupić XD Kochana ♥  Czy krótki? Nie wiem, ale zapewne chujowy piszę jak od niedawna z głowy XD Zapraszam.
____________________________________________________________________________________
Vic.
Niechętnie otworzyłam oczy.
Poranek.
Moja lewa ręka pulsowała tępym bólem. Zagryzłam wargi. Spojrzałam na nią przekręcając głowę. O kurwa moja szyja... musiałam zasnąć na jakiejś butelce, czy jakimś innym cholerstwie. Prawą ręką przecieram oczy. Wzdycham ciężko i rzucam spojrzenie na bolące miejsce. Lewa ręka pokryta jest dziesięcioma nieregularnymi wyrwami.. czyli to nie sen.
To nie jest zły sen.
To moje życie.
Moje popieprzone życie.
Zaciskam ją w pięść. Małe strupki na obrzeżach pękają i krew zaczyna się sączyć na nowo.
-Kurwa.
-Mówiłem, żeby zabandażować.- dobiega mnie spokojny głos. Podnoszę się leniwie. Izzy siedzi po drugiej stronie pokoju po turecku i rzępoląc coś na gitarze. Spomiędzy kurtyny jego czarnych włosów wypływa mały dymek. Spogląda na mnie odgarniając niesforne kosmyki i uśmiecha się. Że co kurwa? Iz się uśmiecha? Nie wiem co powiedzieć...
-Em..No tak.- mamroczę i siadam na przeciwko niego. -Zagrasz mi coś?
-Tak teraz?- pyta.
-Tak.
-A co byś chciała?- sięga po butelkę i opróżnia ją w kilku szybkich łykach. Papierosa gasi na podłodze.
-Zaskocz mnie. Przecież potrafisz..- mówię cicho. Po chwili do moich uszu docierają delikatne dźwięki muzyki. Tak dziwnie kojąco brzmi ta piosenka grana na zwykłej gitarze. Tak kojąco brzmi jego głos...
-Bywa, że płaczę. Łzami ciężkimi
jak deszcz
Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?
Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?

-Kurwa możecie ciszej. Ktoś tu próbuje spać.- przy futrynie stoi półnagi Slash i przeciąga się ziewając. Szybko przykrywam swoją rękę bluzką i odwracam od niego wzrok. Czuje na sobie jego natarczywe spojrzenie.
-Coś się stało?
-Nie.
-Widzę.
-Marny żart.- odpowiadam lekko się uśmiechając.
-Że co?- Pyta zdezorientowany Slashu, siadając obok nas.
-O to mi chodzi.- śmieje się odgarniając jego kudły.
-Aaa..- robi się fajna atmosfera, śmiejemy się. I czuje się jakbym nie miała już problemów. Wszystko znikło...
Muzyka.
Jednak potrafi czynić cuda..
-A to co, spotkanie rodzinne?- pyta zaspany Steven.  Bezceremonialnie wpakowuje się do pokoju i siada obok mnie. -Czeeść malutka.- mówi i otacza mnie ramieniem.
-Cześć Steve.- odpowiadam i za wszelką cenę próbuję zakryć okaleczoną rękę. Slash bacznie mnie obserwuje. - No co zimno mi.- informuje go.  Kiwa tylko głową.
-Zagrajmy coś.- mówi Slash po chwili. Wszystkim podoba się ten pomysł. Jako że ja nie posiadam umiejętności grania na innym instrumencie jak gitara, a że chłopaki nie mają ich za dużo więc muszę śpiewać.
-Ale pomożesz mi? - pytam się jeszcze Izziego, który potwierdza tylko skinieniem głowy. Po chwili pokój wypełniają pierwsze takty piosenki..
...
Nie jest łatwo, żyć jakby się chciało
I trudno jest odnaleźć swój świat. O tak
Tak, jak ja to widzę musiałbyś rzec "o cholera"
Ale nie zapomnij napisać mi kilka słów...

-Nieźle nam idzie, przydałoby się gdzieś zagrać..- mówi Steven i  uśmiechnięty uderza pałeczkami o podłogę. Nie wspominam już o tym, że jedną mnie porządnie pierdolnął.. ale mniejsza z tym.  Saul siedzi spokojnie koło Izza i zapatrzony w gitarę urozmaica tą piosenkę jakimiś innymi riffami. Izzy natomiast wspierając "naszego gitarzystę" pomaga mi śpiewać. Nasze głosy ładnie się ze sobą splątują. I zauważam, że do siebie pasują... Uśmiecham się do niego i odpycham wszystko od siebie. Pierwszy raz jest prawie dobrze.
Prawie.
Mam na czternastą do pracy.
Chce zapomnieć.
Kiwam się jakbym miała jakąś chorobę sierocą w takt piosenki uderzam palcami w uda. I śpiewam.

Zostały tylko kłamstwa i złamane obietnice 

-Podobno Axl coś napisał.- wyrywa mnie z..transu? głos mulata.
-Tak.- Krótko odpowiada Izz i rozgląda się chaotycznie po pokoju. -Gdzieś tu...
-O to ci chodzi?- pytam podnosząc z podłogi jakiś świstek papieru z nagryzmolonymi na nim słowami. Miętoszę ją chwilę w palcach i szybko czytam tekst.
Pakujesz manatki
I jedziesz do miasta
Brakuje ci czegoś w domu
Poprawiasz włosy
I wyglądasz naprawdę pięknie
Czas zacząć żyć na własną rękę
Zawsze walczysz
Z matką i ojcem
Twoje życie rodzinne to jeden wielki ból!
Kiedy wreszcie ruszysz do miasta?
Do miasta, gdzie to wszystko się zaczęło.

-Tak. Dzięki.- mówi wyjmując mi gwałtownym ruchem kartkę z rąk. Rzuca mi niespokojne spojrzenie.
Zawsze walczysz
Z matką...
Twoje życie rodzinne to jeden wielki ból!
Gula w gardle.
Cholerne łzy.
Cholerny smutek.
Wychodzę.
-Vic!
Ręce Izziego.
I nic.

-Ja pierdole ona umarła..
-Kurwa co się dzieje...
-Obudź ją...
-Vic...

-Co się dzieje.- mruczę cicho nie chcąc otworzyć oczu. Coś ściska mnie za lewą rękę.
Lewą.
Dziesięć..
Krew..
Zrywam się od razu.
To Izzy. Patrzy na mnie spokojnie. Rozglądam się. Leżę w jego pokoju, za ściany dobiegają zaaferowane głosy chłopaków. On trzyma mnie za zabandażowaną rękę gładząc ją delikatnie. Uśmiecham się jak debil.
-Która godzina? -pytam kręcąc się niespokojnie.
-Dwunasta czterdzieści dwa.-recytuje jakby z pamięci. Wzdycham z ulgą. - A co?
-Mam na czternastą do ...pracy...- jego wzrok zmienia się. Chłodne ostre spojrzenie. Jak..żyletka. Tnie mnie... Wolną dłoń zwija w pięść.
-Nie pójdziesz tam.- mówi krótko i odwraca się do ściany.
-Muszę.
-Nie.
-Muszę..On mnie..
-On cie nawet nie dotknie! - podnosi butelkę i zdecydowanie rzuca ją na ścianę. Roztrzaskuje się. Głosy milkną.
-Ej wszystko w porząsiu?- krzyczy Steven.
-Tak.- odkrzykuje.
-Oooo moja Veronica się obudziła!
-Nie twoja.- rzuca zdenerwowany Izz. Patrzę na niego zaskoczona. -Tylko...Duffa.-odpowiada po chwili.
-To co porobimy?- po chwili wpada Steve mało nie wypierdalając uwieszonego na nim Slasha. Natomiast Izzy siada na podłodze i sięga po Brownstona. Przysiadam koło niego i patrze na jego ręce. Wykonuje powoli każdą czynność. Usypuje powoli granulki narkotyku na jakimś pudełku i zwija w rulonik banknot, który wyjął z kieszeni.
I wciąga.
Nic specjalnego.
-Mogę?- pytam nie zważając na głośne krzyki chłopaków. A on się tylko na mnie patrzy...

Izzy.
-Zapłacę.- dodaje po chwili Veronica, szperając w kieszeniach jeansów.
-Nie  chcę  twoich   pieniędzy.- cedzę powoli słowa. Miałem na myśli to, że nie musi płacić ale zabrzmiało to jakbym... jakbym się jej brzydził.. Nienawidzę cie Stradlin... To ty przecież załatwiłeś jej te pracę.. U "kolegi"?... To tylko znajomy mi diler... Sam ją w to wpakowałem, sam muszę ją z tego wyciągnąć... Jej oczy znowu napełniają się łzami.
Pieprzone słowa.
-Ej. Nie o to mi chodziło.- mówię gładząc ją po ramieniu. Strząsa moją dłoń. Drży. Ociera szybko łzy i wychodzi z domu informując, że idzie do pracy. Mija się z Michaelem.
Nawet na niego nie patrzy..
-Heeej Żyrafo.- krzyczy Steven.- Kupiłeś gulasz? Bo nie mamy już co jeść.
-Zapomniałem.- mówi tylko zapytany i upada ciężko obok mnie. - Izzy..
-Tak, bo to ja tylko w tym domu mam nogi. -mówię ironicznie i wstaję szybko zgarniając po drodze moją kurtkę. W sumie ciesze się, że mogę wyjść, że mam jakiś powód. Przynajmniej nie muszę siedzieć z tą bandą debili artystycznie nazywanych Guns n' Roses.
Zatrzaskuje za sobą drzwi.

Vic.
Przecież on wcale nie miał niczego złego na myśli..Prawda? Chyba... Znienawidziłam siebie samą. Moje ciało było mi jakieś obce. Nie czułam się w nim dobrze. Jestem w nim tylko gościem...Niedługo odejdę. Wyjdę niespodziewanie, trzaskając głośno drzwiami. Zostawiając za sobą wszystko. A może...może zabiorę kogoś? Nie, to zły pomysł.
Jak odejść, to samemu.
Ze spuszczoną głową przekroczyłam drzwi Trobadour.
Nienawidzę....
-Ooo Panna Veronica. Co cię sprowadza tak wcześnie?- Zakrzyknął na cały klub Mark ściągając na nas spojrzenia jakichś ''alfonsów''. Zajebię go...- Zapraszam na zaplecze.- mówi do ucha zachodząc mnie od tyłu i popychając w stronę wspomnianego miejsca. Znienawidzonego przeze mnie...Wszystkiego tu nienawidzę...
Nienawidzę..Nienawidzę..Nienawidzę..
Mało nie zabijam się o stojące tam krzesło.
-Usiądź.
Siadam.
-Cieszy mnie twoja kompetencja, i to jak chętnie przychodzisz do pracy.- chętnie? Co on pierdoli? Za każdym razem wciska mi na twarz jakąś beznadziejną, pachnącą stęchlizną maskę, aby zakryć moje łzy...Ale nikogo tym nie oszuka..Nie mnie..-Postanawiam dać ci dwu tygodniowy urlop. Od teraz.
Zdziwienie.
Jestem.
Zdziwiona.
-Oczywiście zasady nadal są i nie myśl sobie, że się jakoś ugnę.

 ''Zabije cię. Zabije jak coś komuś powiesz!"

-Dobrze proszę pana.- mamroczę nie dowierzając posłyszanym przed chwilą słowom. Po chwili postanawiam się go o coś zapytać. - Przepraszam. Chciałabym zapytać, czy nie mógłby tu się odbyć mały koncert. Moi koledzy zaczynają''karierę''  i nie mają się od czego ''odbić''.
-No dobrze biorę w ciemno. Mam dziś wyjątkowo dobry humor. Spierdalaj zanim się zepsuje.- mówi.- 20 lipca dwudziesta trzydzieści. Pasuje?
Nie odpowiadam.
Tylko kiwam głową.
Natychmiast zostaje przygwożdżona do ściany.
-Pasuje? - syczy mi do ucha.
-Tak. -wyjękuje przerażona. Dostaje policzek.
Osuwam na ziemię.
Trzaskają drzwi.
Łzy.
Wybiegam.

Włóczę się po jakimś supermarkecie patrząc się na towary beznamiętnym wzrokiem. Kiedy ja ostatnio jadłam? Nie wiem. Kupię sobie batona. Ze snickersem w ręce łażę jeszcze po wielkiej hali. Jakieś uśmiechnięte babki zachwalające produkty. Wyglądają jak dziwki. Naciągam bardziej kurtkę na dłonie. Idę bez celu od półki do półki. Ktoś szarpie mnie za rękę. Wyrywam się i idę dalej.
-Veronica?
To Izzy. Przystaję, ale nie odwracam się. Zasłaniam dłonią swój czerwony policzek. Wycieram łzy.
-Veronica..-powtarza.
Czuję, że stoi za mną i czeka. Czeka? Ale na co? Nie mogę się odwrócić. Spojrzę na niego i mu to powiem. A on będzie zły jak wczoraj. Nie chcę, żeby ktoś się o mnie martwił. Dam sobie radę. Chociaż to jest miłe...
Nie chcę mu przysparzać więcej problemów i powodów do zmartwień.
Ale odwracam się.
Patrzy się na mnie swoimi brązowymi oczami.
Czeka.
Patrzy..
Mięknę. 
Mówię.
Oburzony odsuwa z policzka moją dłoń. Zaciska zęby i dłonie. W pięści. Odwracam się. Chowam batona do kieszeni i uciekam. On nerwowo staje przy kasie  i krzyczy na powolną kasjerkę. Płaci i próbuje mnie dogonić
-Ej przepraszam. -słyszę jak krzyczy wybiegając ze sklepu. Po chwili szaleńczego biegu i prawie popełnionego samobójstwa (wbiegłam na oślep na jezdnię) dopada do mnie i tylko przytula. Baton wypada mi z dłoni, w którą chwyciłam go na czas biegu. I tak nie mam już ochoty na jedzenie..
-Chodź wracamy. - mówi. Podnosi skradzionego snickersa i łapie mnie za rękę. Jego ciepłe palce oplątują moje. Szczerzy się niczym Adler. Ściskam jego dłoń jak w zabawię w iskierkę. Bawiłam się w nią jak byłam mała. Nadal czuję się taka mała.. I tak strasznie pogubiona w tym wszystkim.

Duff.
Słyszę jakieś kroki. Po chwili wchodzą Izzy i Vic. Za ręce..Pierdolą coś o jakimś chuj mnie obchodzącym koncercie w jakimś chuj mnie obchodzącym Troubadour.
Za ręce...
Kurwa! Podnoszę się czując na barkach tą jebaną grawitację, która wzrosła wraz ze spożytym przeze mnie Night Trainem.
-Łapy od mojej dziewczyny.- mówię rzucając się jak bokser na spokojnie sobie stojącego chłopaka.
-Michael zostaw go.- słyszę jej krzyki. Krzyczy też Axl, który zaprosił jakąś panienkę i właśnie ją obracał. Steven też krzyknął jak wypadł mu z rąk portfel naszego "gościa".
-A co zależy ci na nim? Pewnie już się z nim przespałaś!-krzyczę jej w twarz, usiłując utrzymać kontakt wzrokowy.
Usiłując.
W jej oczach wzbierają łzy. Izzy patrzy na mnie z żądzą mordu. Prawie nagi Axl też wygląda z pokoju ku niezadowoleniu swojej partnerki.
-No chodź  tu kocie...-jęczy gdzieś w rogu tamta dziwka.
-Chwilę.- odpowiada Rudzielec poprawiając i zapinając spodnie.
A Vic płacze...
-Koncert?-mamrocze naćpany Slash.
-Tak. Dwudziesty lipiec. Dwudziesta trzydzieści.- Mówi dziewczyna ocierając łzy.
Moja dziewczyna?
-Super.- odpowiada tylko mulat i milknie zasłaniając się swoimi włosami.
Chciałbym tak zniknąć. Tak kurwa zniknąć. I tak nikt by za mną nie tęsknił...Kurwa nikt! Nawet moja dziewczyna mnie zdradza.. Z moim przyjacielem. Jakie to pojebane.. Wiedziałem, że tak będzie.. Wiedziałem. Ba! Byłem pewny...
Co
Za
Dziwka...
-Nie. - mówi cicho Veronica. - Nie zdradziłam cie. Ja.. Nigdy- mówi przez łzy.
Nie chce mi się tego słuchać. Pierdolenie...Wychodzę.
-T-to koniec?- mamrocze zapłakana Vic.
-Tak..chyba..
A ja ją tak strasznie kocham...
_________________________________________________________________________________
Teksty użyte w rozdziale pochodzą z piosenek.
Nice Boys-Rose Tatto http://www.youtube.com/watch?v=fnNtz5Z1svg
Mama Kin- Aerosmith http://www.youtube.com/watch?v=H-xLK8eqr8k
Since i've been loving you- Led  Zeppelin http://www.youtube.com/watch?v=8RfOaAj7E5g
Move to the City (Jedna z pierwszych piosenek Gunsów..;3) -Guns n' Roses  http://www.youtube.com/watch?v=X-V6SLiat2I
Mam nadzieję, że się podobało ;3