czwartek, 19 czerwca 2014

4.-"You've been awful careful 'bout the friends you choose..."

Dziękuje wam. Anonimkowi i nowym czytelnikom. Miło mi, że się komuś podoba. Jako, że opowiadanie No one needs the pain  nie wzbudza już tyle zainteresowania zastanawiam się czy nie przestać go pisać.
Nie odstawajmy jednak od tematu.

________________________________________________________________________________

Niedziela.
- Dzień święty święcić, kurwa!- Wydarł mi się Duff pod oknem. Dopiero co wstałam i przeczesując palcami włosy otworzyłam szerzej okno. 
- W imię ojca! Synu po cóż żeś tak rano przywlókł tu swoje marne jestestwo? - Krzyknęłam przewieszając się przez parapet. 
- Ano siostro...- zaczął.
- Wpuścisz w końcu tego swojego fagasa żeby się nie darł rano pod oknem? Kulturalni ludzie chcą spać.- zawołała jakaś facetka.
- A pieprz się pani.- odkrzyknęłam.- A Ciebie synu, zapraszam do środka.

- Kawki, herbatki, soczku?- spytałam opierając się z tyłu obiema rękami o blat. Dom pusty, chwilowy brak rodziców, którzy pojechali po zakupy. Patrz jakie chrześcijaniny (specjalnie to przyp. aut.).
- Wódkę jeśli można prosić. 
- Ozzy wczoraj wypił. Zostało tylko piwo.
- Byleby miało procenty kochana.- mruczy rozwalając się na krześle.
Jego nogi są przeszkodą na mojej drodze do lodówki, więc przeskakuje je zgrabnie "niechcący" lądując na jednej z nich.
- Cholera!
- Było się tak rozkładać?
- Nie wytrzymam z tobą.- wzdycha podkulając się.
- Takie komplementy są osłodą dla mej duszy.

  Duff chyba od zawsze zaczynał swój dzień jakimś napojem z choćby znikomą zawartością alkoholu. ( A wraz ma słabą głowę. Tak to tylko McKagan potrafi.) Patrze jak jego niesforne, kolorowe włosy wpadają mu do ust kiedy próbuje się napić. Zdenerwowany klnie ile wlezie, grożąc im, że obetnie się na łyso (Michael skinhead, czekam na to) bo są chujowe i w ogóle nie da sie ich ułożyć. Patrzę na swoje i przypominam sobie jak wspólnie je farbowaliśmy. Dłonie Michaela wciąż mają niebieskawy odcień.
- Fajna piżamka.- mówi wskazując na mnie.
- Bo Hendrix. Czekaj za chwilę wrócę, tylko się przebiorę.
Przeskakując po dwa stopnie i nie martwiąc się tym, że pewnie co chwilę widać moją dupę spod kusych spodenek wpadam do łazienki. Szybko jak na Angie przystało zrzucam z siebie ubrania i wpadam pod prysznic. 
Kiedy już całkiem wyglądam jak na człowieka pierwotnego przystało, wychodzę spod niego, mokre włosy zasłaniają mi pole widzenia i prawie się zabijam chwytając za jakąś szafkę i zrywając ją ze ściany.
- Oups.
- Wszystko w porządku An?
- Ta.
Owijam się szczelnie ręcznikiem z zamiarem wytarcia i szybkiego ubrania sie.
Geniusz! Niebiesko-włosy geniusz.
Zapomniałam wziąć ze sobą ciuchów.
- Duff.- krzyczę wychylając się zza łazienkowych drzwi.- Mógłbyś mi przynieść coś do ubrania?
- Nie ma sprawy szefie.- odkrzykuje.
Siadam na krawędzi wanny i wbijam wzrok w rozwaloną szafke i jej porozrzucaną po kafelkach zawartość. Czas dłuży mi sie niemiłosiernie, jest mi już troche zimno ( te uczucie kiedy się wyjdzie z kąpieli..brr x.x) A Michaela jak nie ma tak nie ma. Ot, polegać na tej bezmózgiej gliździe. 
Wychodzę więc z łazienki i władczo wdzieram sie do pokoju.
- Michael. Znajdź sobie inne zabawki.- Wzdycham podchodząc do niego i zdejmując mu moje majtki z głowy i wyjmując je z jego rąk.
- Chcia..Chciałem pomóc.- odpowiada zmieszany.
- Właśnie widać. Kupie ci na urodziny.- pocieszam. 
Patrzy na mnie uśmiechając się jak niewinne dziecko, ale po chwili z miną bezczelnego erotomana zaczyna lustrować mnie z góry do dołu.
- Ty zawszony zboczeńcze!- krzyczę żartobliwie uderzając go w klatkę piersiową.
Tylko żeby nie spadł mi ręcznik.
Proszę.
Czuje jak coś powoli zsuwa się ze mnie.
Aha. Dzięki kochany ręczniku.
W akcie paniki rzucam się na niego i chroniąc go, oraz kilku sąsiadów, którzy spędzali niedzielny poranek na balkonie paląc sobie papieroski, przed oglądaniem  mnie w negliżu.
- Angie, tak bez gry wstępnej? No wiesz ja bardzo chętnie...
- Shut the fuck up.
Nagle drzwi od mojego pokoju otwierają się.
- Angie już wróciliśmy i..Oups. Przepraszam.- wycofuje się mój ojciec chichocząc pod nosem.
- I co Ozzy jest tam? Może ktoś się włamał, bo straszny pierdolnik w łazience.
- Spokojnie, jest jest. I leży na Michaelu.- Zupełnie niepotrzebnie informuje mój tatuś.
Dzięki Ojcze.
- Ale nie robią nic niedozwolonego?
- Oczywiście że nie.- odpowiada ironicznie Ozzy.
- Czy ty mi właśnie dajesz coś do zrozumienia?- podnosi głos Joan.
Rozlegają się nerwowe kroki i drzwi ponownie się otwierają.
- O...Witaj Michael. Napijesz się herbaty?
- Poproszę.- odpowiada cicho Mich ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- No to może ja już sobie pójdę. Jak coś to jestem w kuchni i mam pyszne ciasteczka, tak więc jak ...skończycie to zapraszam.- informuje speszona mama i znika z pokoju. Schodzi z piętra szepcząc coś do ojca.
Wybucham śmiechem opadając na klatkę piersiową Duffa. On też ma niezły ubaw i obejmuje mnie lekko przytrzymując przy tym niesforny ręcznik.
- Dzięki.- wyduszam z siebie nie podnosząc się. W razie jakby któryś z rodziców miał jeszcze zamiar przyjść.
- Nie ma za co.- odpowiada. Zerkam na niego roześmiana. Spogląda w sufit z wielkim wyszczerzem i zaczyna dziubać moją rękę swoim kościstym paluchem.
- Osz ty!
Tym razem zabezpieczając ręcznik lewą ręką, prawą zaczynam go łaskotać. Wije się jak wąż i nie może złapać oddechu.
- Angie! Cholera Angie przestań!
Zanoszę sie śmiechem ale nie przestaję go torturować.
Szarpie się i nagle to ja leże pod nim. Do tego zdezorientowana.
Lampi się na mnie, a po chwili opada bezwładnie przygważdżając mnie do podłogi. Jego twarz ląduje w moich mokrych włosach i mam nadzieję, że się którymś udławi na śmierć.
- No złaź ze mnie! Wiesz ile ty ważysz?!- nic zero reakcji.- Gnieciesz mi cycki. Przez Ciebie będą wklęsłe.
- I tak są.- mruczy.
- A żebyś cholero kiedyś wpadł pod samochód.- odpowiadam grzecznie zrzucając go z siebie i ostentacyjnie wymijając poprawiam swój nie-taki-już-mały biust. 

Do czternastej trzydzieści (czyli tak z cztery godziny) siedzi obok i rzępoli na mojej gitarze. Ja w między czasie robię za wokalistkę i coś bazgrolę w zeszycie.
- Hm, to ja? 
W zeszycie do którego nikt nie ma prawa zaglądać panie McKagan. W odpowiedzi zatrzaskuje mu zeszyt przed nosem. 
- Glizd nie uwiecznia się na kartkach, glizdy nadziewa się na haczyk i daje na pożarcie rybom. 
- Angie!

Na próbe docieramy cali. No może poza Michaelem, ale on swój mózg dawno zapił i się nie liczy. Moja "groźba" poskutkowała. Brak Klausa bije po oczach.
- Dziś za gary zasiadasz ty.- informuje Duffa.- Nie martw się zaopiekuję się basem.
Duff nie protestuje, bo i tak wie, że to na nic się nie zda. Zna mnie już trochę.
No i przemiłe niedzielne popołudnie oraz wieczór mija nam na wspólnym graniu. A potem Mich przynosi piwo i wódkę. 
No i dalej śpiewamy. 
No i Duff zalicza zgon

Zrywam się z łóżka. 
- Jasna Cholera! Za piętnaście minut zaczynają się lekcje.
Trudno.
Rozkładam się wygodnie w łóżku naciągając na głowę kołdrę.
- Angie!- Krzyczy mama z dołu.
- Ćś. Widocznie jeszcze śpi.- ucisza ją tata.
- Do szkoły się spóźni.- Głos mamy zostaje stłamszony przez buziaka ojca. I dalej wiadomo chyba co będzie. W sumie to z takim tempem powinnam mieć już co najmniej siódemkę rodzeństwa. Coś w stylu rodziny Duffa.
Odgłosy kopulacji było już słychać w całym domu.
I pewnie dwie przecznice dalej też.
Jezu.

Niewyspana i głodna- trudno było wejść do kuchni... Czyli dzień jak codzień. Zdążyłam akurat na przerwę przed następną lekcją. W tłumie napalonych chłopaków i już pewnie nie tak "nienaruszonych" dziewczyn, wypatrzyłam Michaela, co zresztą nie było takie trudne. Polazłam w jego stronę i na powitanie uderzyłam w brzuch.
- Angie?- spytał zdezorientowany.
- Nie kurwa. Keith Richards.- mruknęłam.
- ŁOHOO!- krzyknął na cały korytarz.
- Jezu Michael. Zażartowałam, użyłam sarkazmu wiesz?
- Co?- uśmiecha się głupio.


- Dzień dobry. Dzisiaj na lekcji będziemy przerabiać Romeo i Julię Wiliama Szekspira.
- Romeo to ciota.- rozdarł się Mich.
Pani zrezygnowana opadła na krzesło. Rozmasowała skronie, otworzyła dziennik i wzięła do ręki długopis. 
- McKagan, który ty masz numer?
- Czternasty. Ale psze pani, pani mi nie wstawia uwagi.
- Bardziej niż o uwagę chodziło mi o ocenę niedostateczną.- odpowiada chłodno.
- Nie, prosze! Chciałem zdać. Prosze!- błagalnie jęczy poszkodowany.
- Słowo się rzekło.- mówi z mściwym uśmieszkiem. Głowa Michaela głośno spotyka się z ławką.
- Kurwa a liczyłem, że zdam.- słyszę jeszcze.

- Piękna dzisiaj pogoda. - mówię bardziej do siebie niż do wlokącego się za mną Duffa.
- Tsa.- miętosi w ustach westchnienie.
- A coś ty taki niemrawy?- pytam dając mu kuksańca. Dobrze wiem, że go irytuje-z tego jestem znana. Moją bronią jest gadanie. Patrzę na jego zbolałą minę i w duchu złośliwie chichoczę. Zbywa mnie milczeniem. Ręce wkłada w kieszenie i zwieszając głowę zmierza do domu.
- Do zobaczenia na próbie!-krzyczę na pożegnanie. - Jestem!
Od progu witają mnie głosy moich rodziców. Bynajmniej nie powitalne. 
Boże znowu to robią.

- Angie przydało by się podciąć ci końcówki.- mówi mama wchodząc do łazienki, w której to właśnie myłam zęby przed wieczorną próbą. Spojrzałam na nią z przerażeniem.
- Jasna cholera w życiu!- krzyknęłam gwałtownie rzucając moją szczoteczkę i obejmując włosy, które sięgały mi już za tyłek. I calutkie były niebieskie. Kochane.
- Tylko końcówki.- mruknęła zdezorientowana.
- Odsuń się.- powiedziałam wybiegając z łazienki. Nawet własna rodzicielka spiskuje przeciwko mnie!
Szczerze? To chyba była jedyna rzecz jakiej się obawiałam. Ścięcie włosów. Na samą myśl o tym okrutnym zabiegu ciarki przebiegały moje plecy jak stado oszalałych pająków urządzających sobie potańcówkę w stylu Jaggera. Potrząsając z niedowierzaniem głową rozwiałam niepokojące myśli. Lepiej dla mnie będzie jeśli zacznę się szykować. Nucąc a właściwie rycząc Help Beatlesów ubrałam się, spakowałam gitarę i w obawie przed czyhającą gdzieś w czeluściach mroku z nożyczkami mamą, wybiegłam z domu. 
Spomiędzy parnego wieczora na przypadkowych przechodniów spozierała stara, opuszczona hala, opatrzona napisem "Uwaga grozi zawaleniem". Trochę wszystko z niej odłaziło i ledwo się trzymała ale była najlepszym miejscem w całym Seattle. No może oprócz starego bunkra gdzieś w lesie. Pchnęłam potężne drewniane drzwi i zaanonsowałam swoje przybycie.
- JESTEM CHUJE.
Poza jakimś spróchniałym świerszczem w hali/garażu/czy jak to sie tam nazywa panoszyła się cisza. Kurwa świetnie. 
Oparłam się o ścianę i założywszy ręce na pierś czekałam.

 Nagle do pomieszczenia wtoczył się Michael. Bełkotał coś pod nosem i zataczał koła jak jakiś pieprzony cyrkiel. Kiedy mnie zobaczył zaczął tylko chichotać i rozwalił się na zakurzonej i zagraconej podłodze.
- Jakbyś nie zauważył mamy próbę. 
Nawet deska od kibla jest bardziej rozumna od niego. 
- Tak?- te chichranie doprowadzało mnie już do białej gorączki.
- Jak już wytrzeźwiejesz to wpadniesz do mnie. Jeżeli będziesz jeszcze pamiętał gdzie mieszkam. Oby cie zeżarły szczury.- odpowiedziałam zarzucając gitarę na plecy i wychodząc.
Co za debil.
Zespół był moim dzieckiem. Wypieszczonym ( jakkolwiek to brzmi ) i wychuchanym i nie pozwolę by pierwsza lepsza blondi drabina wszystko zepsuła. 

- ANGIE! WSTAWAJ DO CHOLERY! MASZ GOŚCIA!- wydarł mi się ktoś do ucha. Zerwałam się jak oparzona ze snu i spadłam na podłogę przy okazji zaplątując się we własne kłaki.
- Kur..de mamo. Musisz tak krzyczeć?
Moja mama uśmiechnęła się mściwie i pomyślałam, ze lepiej się z nią nie spoufalać ani tym bardziej kłócić.
- Za dwie minuty będę na dole. 
Kiedy weszłam do salonu ujrzałam zaniepokojoną panią McKagan na kanapie.
- Angie, Michael nie wrócił wczoraj do domu. Nie wiesz może gdzie jest?
O kurwa. No to wpadłaś Angie.

__________________________________________________________________________
Napisałam! Nie jest może poziomem zbliżony do tamtych i trochę kuleje ale macie przynajmniej co poczytać w długi weekend.

piątek, 2 maja 2014

3.-"We're the flowers in the dustbin..."

POWRÓT.
Już wyjaśniam. Nie było mnie baaaaaardzo długo. Powody: zwątpienie w to co pisze i czy to nie jest przypadkiem całkowicie bezużyteczne i brak czasu. Nauka zawaliła mnie kompletnie i ledwo się odkopałam. Ale jako przeprosiny postaram się coś sklecić. Pozdrawiam tych co czekali c': I bardzo dziękuje za wszystko co miłego napisano mi pod rozdziałami. Wsparło mnie to bardzo i udało się... c:
No i trójeczka c: Mam nadzieję, że spodoba się tak samo jak poprzedni rozdział zwłaszcza, że pisana jest po przerwie. Znalazłam u mamy kasetę Elvisa i wpadłam  na tę piosenkę. Wybaczcie...nie mogłam się przemóc. Działajcie więc wyobraźnią. + Wiem, że Rocket Queen miała scenę "z Elvisem". Może  się nie obrazisz... Dedykuję ją więc Tobie c:

_________________________________________________________
______________________

  Michael-ciota, dostał pierwszy w swoim życiu szlaban (nie nie okres. Mimo wszystko jest facetem...). Podobno wyrzygał swój żołądek na nowy dywan matki, walnął się na łóżko i zasnął. Po tym nastąpiła awantura w domu McKaganów, która polegała na tym, że pani domu stała nad swoim nieprzytomnym synem i darła mu się nad głową. A kiedy skacowany obudził się przed kolacją dowiedział się, że ma szlaban. Powinien się w końcu nauczyć pić...
  Pociągnęłam łyk swojej dosyć słynnej w Seattle (czytaj: dziurze) herbaty i przerzucając kartki gazety zastanawiałam się co mogłabym zrobić w sobotę. Pogoda była całkiem całkiem ale...Ten debil dostał szlaban... 
- Nad czym tak medytujesz?- usłyszałam głos mojej mamy w drzwiach kuchni. Po chwili już stała nad blatem i robiła kawę. 
- Na pewno nie nad nauką.- odpowiedziałam składając gazetę i odwracając się w jej stronę.
- A szkoda.- mruknął ojciec.
 Czy on właśnie coś zasugerował? Dzięki tato. Jesteś taki kochany.
- Mówiłeś coś?- spytałam zwracając się w jego stronę.
- Może. - zaśmiał się.- Masz jakieś plany na dzisiaj? 
- Może. 
- Zastanawialiśmy się z matką, że może wpadniemy do cioci Margareth.
- Co? - obruszyłam się. Jeżeli można było zorganizować konkurs na najgorszą ciotkę, to ona zdecydowanie miałaby pierwsze miejsce z palcem w nosie.- Dlaczego?
- No cóż.- mruknął tato odwracając się w stronę szafki.- Ehh..
- Dobra prawda jest taka.- inicjatywę przejęła mama- Nowy pomysł twojego ojca nie wypalił i nie mamy kasy.
- Taa..- potwierdził ojciec.
- I chcecie poprosić o to ciotkę? Dobre, ale raczej wątpie czy się uda. Powodzenia. - krzyknęłam i podążyłam w stronę drzwi.
- Zaraz gdzie ty się wybierasz..? Nie idziesz z nami?
- Kurwa  Ozzy zrób coś...
- Ale co..?
- Ozzy jasna cholera! Margareth zawsze nabierała się na jej maślane oczy...
Zamknęłam za sobą drzwi ucinając tym samym nerwowe szepty rodziców. Czasami zachowywali się gorzej, niż małe dzieci.
 Trudno mi było uwierzyć, że to mimo wszystko moi rodzice...


•••
Sznurując w podskokach glany, "wyskoczyłam" na ulicę. Słońce nawet przypiekało, niebo było nawet niebieskie a trawa nawet zielona. Dzieci bawiły się na ulicy w nawet odpowiedzialne zabawy. Samochód nawet nie przejechał żadnego z nich.
Idąc wzdłuż ulicy liczyłam kroki jak to czasami mam w zwyczaju i gapiłam się w niebo. Po około stu siedemdziesięciu dwóch krokach stałam już przed drzwiami McKaganów i pukałam w drzwi. Otworzyła mi Pani domu i od razu tłumacząc się podążyła do kuchni.
- Wybacz kochana, piekę szarlotkę. Wiesz Duffy ją lubi.. A właśnie jest w pokoju. Nie wiem czy wiesz ale ma szlaban i niestety nie może wyjść. Może kiedy indziej. Ale idź, idź posiedź z nim, może ty przemówisz mu do rozsądku. Ja to już kompletnie nie wiem co mam robić...
Wspięłam się, klnąc pod nosem, na schody. Wywrotki: łączna suma- cztery. 
Z pokoju Michaela wydobywała się muzyka. Zresztą jak zwykle. Tyle że.. Zazwyczaj były to ostre punkowe lub rockowe rytmy. Szarpiące bębenkami. A tym razem.. Aż przystanęłam. Kurwa.Nie miałam pojęcia co się działo.
- Hej An.
Obróciłam się. Bruce stał oparty o barierkę i patrzył wgapiał się we mnie.
- Aloha. Wiesz co z Duffem?
- A co ma być?
- Chodź i posłuchaj. I kurwa się tak na mnie nie gap. Ok?
Uśmiechnął się pod nosem. Stosując się do moich słów podszedł i przystanął zdziwiony.
- Co to kurwa.- wymamrotał.
- Jak myślisz, Mich nie obrazi się jak...? - I tu spojrzałam na drzwi.
- Zapraszam.
Otworzyłam drzwi i padłam.

Właściwie to nie mam pojęcia jak dokładnie ubrać w słowa to, co roztaczało się przed moimi oczyma. Pomyślałam halucynacja (hemoglobina, taka sytuacja..nie nic xd)więc zamknęłam drzwi i ponownie je otworzyłam. Tak samo z oczami. Ale wraz patrzyłam na to samo. A co to właściwie się działo? Otóż... Michael (chociaż nie jestem już tego do końca pewna) skakał po łóżku w ubraniach.. jakby swojej matki i trzymając w  rękach szczotkę z wielkim namaszczeniem śpiewał...Elvisa, kręcąc przy tym seksownie (?) tyłkiem. 
https://www.youtube.com/watch?v=-n4kcvGS_Lk 

Nic nie mam do Elvisa. Był/Jest jednym z moich wychowawców i go uwielbiam. Ale spróbujcie wyobrazić sobie Michaela w jego repertuarze. 
Po chwili piosenka się skończyła. Stałam jak dupa w futrynie i nie mogłam się na niego nie gapić. Z tyłu Bruce zaczął się rycholić. 
- Cześć Mich. Dobrze ci poszło.- rzuciłam.
- O jasna cholera.- odpowiedział z dziwnym uśmiechem.

- Przyszłam Cie odwiedzić ale widzę, że całkiem dobrze się bawisz. A tak btw, masz całkiem ciekawy głos. Dam cie na chórki, jeżeli jeszcze chcesz grać w zespole.
Zawstydzony Michael też wyglądał komicznie. Znowu nie mogę powstrzymać śmiechu. Patrzy się na mnie nieufnie.
- No nic będę się zbierać. Wpadłam tylko poinformować, że próbę mamy jutro koło piętnastej. Zaszczyć nas obecnością jeżeli będziesz mógł.
Powoli opuściłam jego pokój i spokojnie zeszłam ze schodów. Powiedziałam grzeczne "do widzenia" i nawet nie trzasnęłam drzwiami. 
- Co się właśnie kurwa stało?
Mój śmiech chyba jeszcze długo niósł się ulicami.

Kolejny przystanek: Dom Kügelgenów. Jakoś nie uśmiechało mi się spotkanie Klausa po mojej decyzji, której nie żałowałam, ale poinformowanie Karla... mus to mus. Jak dobrze pamiętam mieszkają na drugiej stronie świata. Czas się tam wybrać. Na szczęście moje szanowne obuwie znosiło dalekie wyprawy i nie śmiało nawet naruszyć stanu moich stóp. 
- Ale wpierw wpadnę coś zjeść. I musi to być coś niezdrowego.
Na drodze którą akurat dreptałam, magicznym sposobem pojawił się jakiś bar. Szyld nie wyglądał zachęcająco, a właściwie to go nawet nie było, mimo wszystko mój żołądek krzyczał o jedzenie jak Jimi Hendrix w ekstazie. 
Ściany budynku ledwo się trzymały i miały dosyć dziwny kolor. Śpiąca przy barze kelnerka aż zachęcała do rozgoszczenia się. Usiadłam więc Rozwaliłam się na popękanej, czerwonej kanapie i chrząknęłam znacząco. Wiecie chrząknięcia są takie eleganckie, że aż w chuj pasują do tego lokalu.
Chrząknięcie x2.
Nadal nic.
Kaszlnięcie.
Kelnerka poruszyła się znacząco, zmieniła pozycje i nadal kurwa nic. 
- Jasna cholera. Ma pani mnie zamiar obsłużyć?
Podniosła się gwałtownie jak oparzona. No wreszcie. Przy okazji niechcący spadła ze stołka, ale chyba nic jej się nie stało w te jej spasione dupsko. 
- Przepraszam.- wymamrotała.- Mogę przyjąć zamówienie?- poczłapała zza baru do mojego stolika.
- Macie tu jakieś zestawy obiadowe? Coś czym można się nażreć jak świnia?- spytałam. Może niezbyt grzecznie ale jakoś mi to powiewało.
- Tak, tak oczywiście. Może..hm..stek z frytkami.
Doprawdy ekskluzywny lokal.
- Dobrze poproszę. Ale podwójna porcja frytek.- zawołałam jeszcze za nią.

•••
Kiedy niezbyt zachęcająco wyglądający stek parował przed moim nosem, minęła trzynasta. Dowiedziałam się tego dzięki awangardowo wyglądającemu zegarowi na przeciwko mojego stolika. Przewróciłam stek widelcem i podłubałam w nim trochę. 
- Poproszę skalpel. Delikatne nacięcie i powinno być w porządku. Widzę powoli jelita i wątrobę pacjenta, postaram się nic nie uszkodzić. O Boże. Stan serca pacjenta się pogarsza proszę podać jakiś inny lek. O Kurwa tracimy go!
- Ykhm...Smacznego.- wyjąkała kelnerka.
Podziękowałam z uśmiechem. 

Wychodząc z baru zabrałam ze sobą chyba siedemdziesiąt sztuk frytek, śmierdzący zapach oleju i kilka drobnych reszty. 
Dochodziła czternasta, a ja dochodziłam do ich domu. Po pożywnym obiedzie chciało mi się rzygać a nogi właziły mi w dupsko. Byle tylko dowlec się do nich. I niech się dzieje co chce. 
Wyszczerbiając sobie zęby o schody zapukałam do ich drzwi. 
- Angie? A co ty tu robisz?- wyjąkał zdziwiony Klaus.
- Po pierwsze: Dla ciebie PANI Angie, a po drugie Karla szukam.
KARL CHUJU...- zawołałam Klausowi przez ramię.
Po chwili pojawił sie i sam Mr Karl.
- Słucham.
- Jutro. Piętnasta zero, zero próba. Pan- wskazałam na Klausa- nie jest tam mile widziany. Zrozumiano? No. Arivederczi. 
I podążyłam z powrotem. 

- Ej. Przez przebywanie z Michaelem, mój mózg doznał częściowego roztopienia pod wpływem wódki. Przecież mogłam przejechać się autobusem a nie zapierdalać kilka kilometrów na piechotę. Jasna cholerka.- mruknęłam wsiadając do autobusu.
__________________________________________________________________________
Nadrobię wszystko obiecuje.
Rozdział wyszedł dupnie... Dziękuje wszystkim za wsparcie ;-; ♥

czwartek, 23 stycznia 2014

2.-"They made you a moron..."

JEJUŚ JAK MI SŁODZICIE ♥ KOCHAM WAS NORMALNIE :* 2 JEST DEDYKOWANA WŁAŚNIE DLA KOCHANYCH CZYTELNIKÓW ♥ :3
Ferie o: 
To wszystko jest tak pojebane, ze nie chce mi się wierzyć, że mam aż tak zryty mózg ;-;
___________________________________________________________


- Kurwa rzesz w dupe jebaną mać. - Tak nasza droga Anastasia powitała dzień. Czyli jak zwykle. Zwlekła się z łóżka i leniwie, przecierając oczy poczłapała do łazienki. Szybko zrzuciła szorty i koszulkę na zimną posadzkę i wskoczyła do wanny. Ciepła woda w miarę uspokoiła jej nieokiełznane ranne pomysły. Owinięta ręcznikiem stanęła przed głównym przedmiotem w pomieszczeniu.  Spojrzała w lustro i jebło ją po oczach ułożenie jej niebieskich włosów. Ułożenie? To był totalny chaos. Nie zastanawiając się wiele gdyż nie była jeszcze zbyt przytomna wsadziła głowę pod strumień zimnej wody. 
- Kurwa. - krzyknęła głośno przerażona swoją głupotą swoim nie panowaniem nad pewnymi odruchami i zachowaniami. Opatulona ręczniczkiem ostrożnie wyjrzała zza białych drzwi i już bardziej kontaktująca wybrała się na spotkanie ze światem. Radosna od tych rozmyślań i nowych niecnych planów mknęła boso niczym gazela po świeżo wypastowanych panelach aż poślizgnęła się i wypieprzyła. Nabijając przy tym eleganckiego guza, który niedługo będzie zbliżony kolorem do jej włosów. Gdy emocje opadły, przekleństwa ulotniły się wraz z wiatrem przez otwarte okno Angie ubrała się(wspierając się wyliczanką pt."wpadła bomba do chałupy, rozjebała Niemcom dupy") , nastał czas śniadania i zapierdalania do szkoły w trybie "kurwa now". 

- Angie. Ojciec się przez ciebie spóźni do pracy.- poinformowała mnie matka smażąc jajecznicę z bekonem. Zapach roznosił się po całej kuchni i myślałam, że za chwilę porzygam się z głodu. 
- Trudno. Wcale nie musi mnie podwozić.- oj grabisz sobie, grabisz.
- Słucham? - odwróciła się w moją stronę zakładając ręce na piersi z łopatką w dłoni. Wyglądała jak pieprzony Tutenchamon.
- Trudno.-powtórzyłam odwracając się tyłem do niej, mało co nie nabijając sobie guza kantem otwartej szafki.- Kurwa.
- Coś mówiłaś?- mama próbuje przekrzyczeć świszczący czajnik.
- Nie nic.- odkrzykuje wyjmując z szafki puszkę z herbatą i opakowanie cheerios. Następnie wrzucam to wszystko do kubka i zalewam gorącą wodą. 
  Herbata z cheerios. Taa..Jestem zbyt leniwa by zrobić i jedno i drugie. Trzeba jednak przyznać, że pomysłowe. Nobel się należy jak nic.
Mieszałam widelcem w kubku słuchając ze znudzeniem codziennej, porannej tyrady matki. Że jestem nieodpowiedzialna, niepunktualna, niegrzeczna, nie umiem się zachować i nie uczę się...Trudno.

- Do jasnej cholery. Ozzy, ona mnie w ogóle nie słucha.- wymamrotała histerycznie
Tak, Ozzy. Dla moich rodziców zwykłe imiona są zbyt pospolite.
- Joan. Daj jej spokój. Za chwile spóźni się do szkoły.- wydeklamował opuszczając czytaną gazetę- "Seattle News" i puszczając do mnie oczko.
- Na za dużo jej pozwalasz.- wymamrotała Joan, już przytulana przez mojego tate. Bleeh. Jeszcze chwila a dojdzie do stosunku na stole kuchennym na którym prawie co dzień jadam śniadanie...

Nasunęłam jeszcze przy wyjściu czarne aviatorki na nos. No i prosze- Angie Mafiozo. Zrobiłam jakiś głupi ruch rękami do lustra, jak w tych głupich serialach. Miętosząc w palcach klucz przeskoczyłam przez furtkę. Było już późno a mi jak zwykle się nie śpieszyło. Jednak kolejnego spóźnienia rodzice mi nie odpuszczą. "Pożyczyłam" więc rower sąsiadów, który co tu dużo mówić był dla mnie za mały. I tak elegancko podjechałam pod szkołę.

- Angie. Mi amore. - mruknął gdzieś obok John.
- Spierdalaj.- odpowiedziałam z uśmiechem. Rzuciłam torbę pod ławkę, na którym wyeksponowałam swoje nogi obute w glany. Moje glany były...(Specjalnie dla Ciebie Michelle Rose c:) 
- Łamiesz mi serce.
- Trudno.
Rozmowy w klasie przerwało nagłe pojawienie się nauczyciela. Spojrzałam na krzesło obok i właśnie sobie przypomniałam, że miałam wpaść po Michaela. Ups. Zawsze po każdej popijawie...
- Proszę Pani. To nie obora. - odezwał się do mnie mgr profesor Pieprz. Pieprzył pieczeń, swoją żonę i nauczycielkę angielskiego. 
- Doprawdy? A wydawało mi się, czy na prawdę słyszałam chrumkanie? - odpowiedziałam spokojnie.
- To nie było śmieszne.- odburknął nauczyciel uciszając klasę. 
- To wcale nie miało takie być.
- Chyba dawno nie byłaś u dyrektora?
- A no tak jakoś się złożyło. Wie pan weekend i te sprawy. - powiedziałam zbierając rzeczy do torby i zarzucając ją sobie na ramię. 
- I zdejmij te okulary. Nie jesteś jakąś gwiazdą.- wycedził Pieprz. 
- A skąd Pan to wie. - Jestem gwiazdą w piciu bez rannego kaca. Mocna głowa... Otworzyłam drzwi. - O Michael! Pogadamy na przerwie właśnie ide do dyrektora. 
On tylko skrzywił się na dźwięk moich słów.

- Dlaczego Łysy jest Łysy?- spytałam dyrektora. Spojrzał na mnie beznamiętnie, poprawiając sobie ześlizgujące się z nosa okulary. - Bo nie ma włosów.- dokończyłam tarzając się ze śmiechu. Angie ty kawalarzu. 
- Przepraszam- powiedział zdegustowany.- ale chyba zaczęła się przerwa.
- No okej..Już lece. Ale powiem panu jedno. Ma pan słabe poczucie humoru.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi i wśród tłumu nastolatków zaczęłam szukać Michaela. Dojrzałam go jak siedział na parapecie, na przeciwko sali, w której mieliśmy biologie.
- Wyglądasz jak wypłosz.- skomplementowałam go.
Rzeczywiście. Włosy sterczały we wszystkie strony, zmęczone spojrzenie taksowało wolno otoczenie. Wory pod oczami sygnalizowały nieprzespaną noc. A głowa oparta z bólem o ściane mówiła o niewyobrażalnej wielkości kacu.
- Się dziwisz się? - wymamrotał. 
- Z czasem się uodpornisz.- klepnęłam go pocieszająco w ramię. 
- Mam nadzieję. 
Rozległ sie dźwięk dzwonka, wwiercając się bezlitośnie w uszy. Duff schował głowe w dłoniach. 
- Chodź na angielski. 

- Co chciał nam przekazać J. W. Goethe w Cierpieniach Młodego Wertera? 
- Nieszczęśliwa miłość. - wymamrotałam. 
- Dobrze Angie. Rozwiniesz to troche?
- Nie ma co.- powiedziałam już trochę pewniej.- Debil się zakochał i na końcu strzelił sobie w łeb. Nieszczęśliwa miłość jest do dupy. 
- Noo.- jęczy Mich.- zakochał się i co.. i gówno.
- Michael szanuję to, że się w końcu odezwałeś ale wyrażaj się. 
- Nie ma sprawy psze Pani. - odpowiada puszczając do niej oko. Na to nauczycielka grozi mu żartobliwie palcem. 
- Pomijając fakt, że była zamężna.
- Zjebał.- uzupełnia Duff.
- Michael!
- Spokojnie, spokojnie psze pani. - uśmiecha się leniwie i rozkłada swoje "całe ale nie do końca" dwa metry na krześle. Jego giry prawie sięgają tablicy. 
- Dziękuje Angie. Dziękuje...Michael.
- Duff złotko.- znowu puszczając zalotnie oko.
- Zostanę przy Michaelu. A więc jak już wcześniej mówiliśmy Werter...
Oparłam głowę na rękach i wsłuchiwałam się w nudną lekcje. 

Pamiętam jak kiedyś na angielskim w podstawówce omawialiśmy kopciuszka. Ja niestety (a może na szczęście?) nie znałam tej bajki. Moi rodzice zamiast czytać mi bajki, puszczali mi Janis, Hendrixa, Beatelsów lub Stonesów. Szalałam wtedy i skakałam po pokoju a kiedy się zmęczyłam zwyczajnie padałam na łóżko i zasypiałam. Takie metody wychowawcze mieli rodzice. Nie potrafie ocenić, czy były złe czy dobre. Wiem, ze to zostało we mnie do dziś. Czasami było mi smutno jak większość dziewczynek, zbitych w kupę dyskutowało na pewne tematy, o których nie miałam pojęcia. 
Teraz już mi tego nie żal. Jestem wdzięczna rodzicom.

"Pewnemu bogatemu człowiekowi zachorowała umiłowana żona; czując zbliżającą się śmierć, przywołała ukochaną córkę jedynaczkę i rzekła do niej..." Tu wszystkie dziewczynki zaczynały ryczeć nie pomijając Duffa. On uwielbiał takie bajki zawsze płakał przy nich jak matka czytała mu je na dobranoc. Bruce nie umie dochowywać tajemnic. Kontynuując... 
"A królewicz wziął Kopciuszka na konia i odjechał" Tylko ja zaczęłam się z tego śmiać. Publicznie ogłosiłam, że Kopciuszek to ciota i wtedy po raz pierwszy odwiedziłam dyrektora i zostałam oficjalnie znienawidzona przez wszystkie dziewczyny w klasie.

- Angie. To że się już dziś zgłaszałaś, nie znaczy, że możesz przespać całą lekcje.- powiedziała na nauczycielka stojąc nad moją ławką i bacznie mnie obserwując.
- Sorki. Ciężka noc.- Zaczęłam się pakować, zauważając, że klasa jest już pusta.- Do widzenia. 

Reszta lekcji minęła niezmiennie albo na spaniu albo na wtrącaniu się nauczycielowi i obalaniu wszystkiego co mówił. Wyprana z wszystkiego czekałam na Duffa przed szkołą. Jak zawsze się spóźniał próbując umówić się chociaż z jedną laską. Jak zawsze wracał poległy. Jak zawsze z drobnym uszczerbkiem na zdrowiu. 
- Co ci tym razem wybiła/pobiła/urwała, niepotrzebne skreślić. - rozpoczęłam rozmowę. 
- Oblała mi spodnie wodą. Bo tylko tam mi sięgała. Coś jak ty.
- Wyglądasz jakbyś się poszczał. I Jeszcze jedno słowo na temat mojej wielkości a wyrwę ci to coś co wisi ci między nogami i ironicznie zostało nazwane narządem męskim.- ruszam do przodu. Co tu dużo mówić urażona Angie=brak rozmowy i jakiegokolwiek porozumienia. 
- Angie no...Przepraszam.- usłyszałam jak ciągnie te swoje wielkie giry po ziemi i zobaczyłam go po chwili idącego obok i dzierżącego w rękach rowerek, który był długości jego nogi a wielkości mózgu. 
- Przepraszasz mnie tylko dlatego, że sam nie dasz rady zawlec się na próbę. I od razu odpowiadam ci, że nie, nie ma mowy.
- Angie...Kochana moja najukochańsza. Prooooosze.
- Wypierdalaj. I daj mi papierosa.
Po chwili wyciąga paczkę, klęka na jedno kolano i drżącymi rękami wyciąga ją przed siebie.
- Angie. Czy ty...
- Wal się. - przerywam wyciągając kilka papierosów i chowając je do kieszeni mojej skórzanej kurtki. Jednego odpalam i ruszam przed siebie majestatycznie wydmuchując dym.
- Jesteś niemożliwa wiesz?
Uśmiecham się do siebie. 
- Pomyśle. Ale ty będziesz tachał wszystkie skrzynki z wódą. 
- Dziękuuuuje. - krzyczy rzucając z głośnym hukiem rowerek na ziemie i oplątując mnie swoimi łapskami.
- Postaw. Mnie. Na. Ziemi. 
- Nawet nie mam zamiaru.
- Kutas.

- Klaus. Czy ty w ogóle słyszysz co ty grasz? Czy ty do cholery jesteś przytomny?- warknęłam urywając w pół "God save the Queen".
- No dobrze gram.
- Zapierdalasz do przodu jakby ktoś ci dynamit wsadził do dupy. Ja rozumiem, że chcesz dać kopa ale bez przesady. Zaczynamy jeszcze raz. - Mówię podnosząc ze wzmacniacza kostkę i klepiąc po plecach Karla. Jeden z najlepszych gitarzystów. No może oprócz mnie. Ten uśmiecha się tylko pod nosem i zaczyna grać.
Ab - A
A - D - C# - D - A
Ab - A
Przerywam.
- Klaus do jasnej cholery! Nawet Duff gra od ciebie lepiej.
- Ejj.- jęknął wyżej wymieniony. 
- Co się dzieje? Zawsze ci wychodziło. -kontynuowałam niezrażona.
- To umów się ze mną.- odpowiada nachylając się nad perkusją. 
- Wypierdalaj?- widząc brak reakcji z jego strony powtarzam. - Wypierdalaj...No raz dwa.
- Czy ty mnie wyrzucasz z zespołu? - spytał zaskoczony.
- A czy wyrażam się niejasno? Raz dwa. - pokazałam mu dłonią wyjście z garażu. Wściekły wziął w garść pałeczki i wyszedł. 
- Dobra, to robimy tak.- wyjaśniłam zdziwionym obserwatorom. - Ja albo Duff idziemy na bębny, rytmiczna się nie zmienia a ty Karl musisz sobie radzić sam. Zaczynamy.
- One..Two. One two three four...

- Zróbmy coś głupiego.- mówię do Michaela. Wychodzimy właśnie po próbie. Trafiłam za gary, a że jestem wokalistką i mnie nosi, trudno mi było tam usiedzieć. 
- Urodziliśmy się. To było wystarczająco głupie.
- Twoje narodziny były głupie. - powiedziałam wystawiając do niego język.
- Co? A zobaczysz kiedyś cie gdzieś wywiozę i zostawię. 
Zaśmiałam się głupkowato. Czekaj czekaj..wywiozę?
- Duff pakuj "żywność i napoje", jedziemy nad "jezioro" (chodzi mi tu o Ocean Spokojny, Angie ma taką skłonność do albo przesadzania albo ujmowania czemuś przyp.aut.). 
Spojrzał na mnie zaskoczony, ale po chwili na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech. 
-Kiedyś byłem tam z rodzicami i rodzeństwem. Bruce założył mi wtedy majtki na głowę i..
- Koniec pierdzielenia leć po to co potrzebne. Za pół godziny widzimy się na dole.
Wpadłam do domu jak wiatr i od razu pobiegłam na górę wyjąć (czytaj wypierdzielić na ziemię ) książki z torby i zapakowałam małe zapasy, które miałam w nocnej szafce. Czyli czipsy trochę Hershey'sów no i oczywiście cięższy arsenał. Zapakowałam to wszystko i rzuciłam się na poszukiwania mojego stroju kąpielowego nie sądziłam, że będzie mi potrzebny. Co prawda był wrzesień, i mimo wszystko było dosyć ciepło jak na rozpoczynającą się jesień. Zbiegałam już na dół, kiedy zatrzymały mnie głosy rodziców.
- Gdzie ty idziesz Angie? -spytała matka zakładając ręce na piersi i opierając się o futrynę. Zza niej wyjrzał mój tata.
- Idę na spacer z Duffem.- odpowiedziałam spokojnie.
- Gdzie?
- Joan spokojnie ma już siedemnaście lat. Nic złego raczej nie zrobi.
- Nie jest jeszcze pełnoletnia. 
- Nie znaczy to że jest kompletną kretynką. - Tak..dzięki tato.
- Eh. No dobra. Ale ostatni raz.- mówi matka i odchodzi zrezygnowana.- Nie wytrzymam..dom wariatów.

Plaża wyglądała pięknie. Zachodzące słońce barwiło ją różnymi ciepłymi kolorami. Fale szumiały cicho, piasek przesypywał się między palcami. Bzdety - pierdety. Od razu rzuciliśmy się w stronę wody popychając się i wywracając na piaszczystej plaży. Nic innego się nie liczyło tylko pierwszemu trafić do wody. Czysta rywalizacja. Oczywiście, ze byłam pierwsza. Duff zaplątał się w swoich kończynach i poległ. Zostałam nagrodzona orzeźwiającą wodą, która wspaniale mnie ochłodziła. Po chwili obok wskoczył i Mich. 
- Co tak długo? - spytałam uśmiechając się z tryumfem.
- Koleżanka mnie zatrzymała. Chciała się umówić.
- Tak jasne. Gdzie tak nagle zniknęła? Chciałabym ją poznać.
- Kopciuszku!- zawołał Duff w stronę pustej plaży. Taak kochał się w niej jak był mały, bo miała fajną dupę na rysunku. Ponurkowałam jeszcze trochę, ale w końcu zrobiłam się głodna. Postanowiłam przeszukać nasze bagaże w poszukiwaniu czegoś jadalnego a nie tylko "pijalnego".
- Duff!- wydarłam się do niego, gdyż ten dopiero gramolił się z wody.- wziąłeś coś do jedzenia?
- Chodzi ci o wódkę?- odkrzyknął.
- Debil..Czyli nie. 
No cóż Angie nie zostało ci nic innego jak najeść się czekoladą i czipsami. Serio? Jakoś mi nie smutno.


                   Don't be told what you want
                   Don't be told what you need
                   There's no future no future
                       No future for you 



Kiedy opróżniliśmy już wszystko. Duff zdążył już nawet raz swój żołądek, postanowiłam, że będziemy się zbierać. 
- Ostatni raz się wykąpie. Dobrze? - zrobił błagalną minkę i nawet nie czekając na jakąkolwiek moją odpowiedź popędził w stronę szumiącego oceanu. 
Chlup. I nie ma Michaela. 
*Pięć sekund później...*
- Ej..Duff..? 
*Dziesięć sekund później*
- Michael ty popieprzony idioto. Jeżeli to są żarty to ci..kutasa wyrwe!
*Piętnaście sekund później*
- Do jasnej cholery!- I pobiegłam w stronę wody. 
Nagle za sobą usłyszałam śmiech.
- Michaelu, Andrewie (czy jak się to tam odmienia .-.) McKaganie oświadczam ci, że nie masz już swoich genitaliów.- krzyknęłam i z furią rzuciłam się na niego.

____________________________________
Długiego życia Steve ♥  

czwartek, 9 stycznia 2014

22.

Kurcze. Jutro trzeba popoprawiać oceny. Nie chce mi się.
Tylko mi? Wątpie 8)
Stwierdziłam, że czas dać tempo temu opowiadaniu. 3..2..1..Start? XD
___________________________________________________________

Izzy.
- Cześć Brachu! Jak tam? 
- Slash. On nie jest jeszcze przytomny.- oznajmiłem podchmielonemu koledze, który nie mógł utrzymać równowagi i opierał się dla pewności o ścianę. A tu nagle poleciał znany tekst. 
- Ej..Gdzie jest moja wódka? I gdzie ja do jasnej cholery jestem? - powiedział Duff słabym głosem i z trudem podnosząc się na łokciach. 
- Duff mordo! W szpitalu.- krzyknął Slash czkając nieco. 
- Aha...Dobrze wiedzieć.- zmarszczył brwi zastanawiając się nad czymś.- Idziemy na wódkę? 
- Jesteś w szpitalu.- powtórzyłem jeszcze raz. No tak.. do tego jego pustego łba nic nie trafiało. 
- Wiem Slash mi już mówił. Hm..To znaczy, że tak? - pokręciłem głową i skierowałem Kudłatego w stronę drzwi. Posłusznie poczłapał w tamtym kierunku. 
Wyszliśmy od tego nieokiełznanego alkoholika. Oczywiście Slash- dobry przyjaciel zostawił mu prezent. Butelkę wódki, którą nie mam pojęcia skąd wziął i nie mam pojęcia kiedy zaczął. A tak..zasada Michaela- Lecz się tym, czym się strułeś. Przejechałem otwartą dłonią po twarzy.
 Na korytarzu siedziały dwie zagubione istoty. Vic i Agnes.
- Chodź. Zawiozę cie do domu. - wyszeptałem tej pierwszej do ucha ale ona tylko pokręciła przecząco głową. I trwała na tym samym miejscu. Nie mrugnęła nawet gdy oparłem głowę o jej nogi usadzając się w miarę wygodnie na podłodze. 
  No mój  tyłku. Czas przygotować się na długą i niekoniecznie wygodną noc na podłodze.

 Duff.
*tak zwane kilka pieprzonych minut wcześniej*
  Gdzie ja jestem?
  Jakaś nadnaturalna przestrzeń, w której przebywam płynęła spokojnie obok mnie. Przebywam? Nie...Tu nie jestem typowo materialną osobą. Raczej zwojem myśli. Ale..wszystko pamiętam jak przez zasłonę lepkiej mgły, która starannie opieczętowała wszystkie wspomnienia. Dryfowałem sobie w tym morzu nieświadomości. Innym świecie. Tamtym świecie? A skąd ja mam to kurwa wiedzieć? Zrobiło mi się jakoś tak dziwnie. Wolałbym wrócić.
   Bo strasznie swędział mnie tyłek a ja nie mogłem się podrapać.

Vic.
  Głowa coraz opadała mi na pierś a ja za każdym razem podnosiłam ją i wmawiałam sobie, że nie jestem senna. Siedziałam przed tymi głupimi drzwiami, za którymi leżał podłączony do kabelków Duff. I nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. O tym burdelu w życiu. Co mam myśleć o sobie.
  Izzy zasnął już na moich kolanach zamykając swoje ciemne oczy za kratami rzęs i pochrapywał cicho. Jego czarne włosy były pokołtunione i rozczochrane. A pachniał..papierosami i miętówkami. Uśmiechnęłam się pod nosem. Izzy...
 Czas opanować ten emocjonalny rozpierdol i chaos w sercu. Wreszcie.- powiedział jakiś głosik cicho z tyłu mojej głowy.
  Nareszcie jestem wolna a co za tym idzie moge robić co mi się żywnie podoba i ponosić za to konsekwencje. I najwyższy czas to uczcić. Po pierwsze...Przecież nie będę wiecznie przesiadywać w tej ledwo trzymającej się stodole. Tak mam tu na myśli zacny Hell House. Oni też chcą trochę prywatności w...no chyba wiadomo. 
Czyli zanotujmy.
• nowe mieszkanie.
Wiadomo bliżej Sunset będzie taniej..Jednak nie mam ochoty być sąsiadką Gunsów. Nawet daleką.  
  Druga nie mniej ważna sprawa. Czas zrobić coś z sobą. Zmienić coś może..ale przede wszystkim zadbać o siebie. Skończyć z alkoholem i...używkami innego rodzaju. I znaleźć jakąś DOBRĄ pracę. Z dala od tego całego zgiełku klubów nocnych. I będzie dobrze. Tak! Veronico uwierz w to. Bo tylko to trzyma cie przy życiu. 
 •częściej się uśmiechać.
  A co z uczuciami?
Wolałabym jak zwykle schować to głęboko w sobie i czekać aż wszystko się rozwiąże i będzie co ma być. A jednak... 
 A jednak do jasnej cholery siedzę w szpitalu i jest mi tak strasznie źle. I boję się o tego idiotę. A z drugiej strony? 
 A z drugiej strony stoi taki Axl, który również nie jest mi obojętny. I Izzy. Dlaczego to jest takie trudne?

Kristen.
  Co za sukinsyn! Tak mnie potraktować? Tą, która mimo młodego wieku już tkwiła przy garach i wygrała casting do roli kury domowej z wyboru? Tą, która była na każde jego zawołanie? A Kristi wchodzi do domu po zaledwie czterogodzinnych zakupach i co widzi? Swojego męża posuwającego jakąś "panią do towarzystwa" w łóżku. Naszym. Wspólnym. Małżeńskim!
  Ze złości dociskam gazu stopą obutą w eleganckie, czerwone szpilki. Nie panuję już zbytnio nad tym co robię. Otwieram okno i ściągam tą niewygodną marynarkę. Rozpuszczam swoje włosy upięte wcześniej w schludny kok. Odpinam także trzy guziki i podwijam z zaciętą miną rękawy białej, wizytowej bluzki. A popatrzeć, że jeszcze niedawno byłam taka zadowolona z nowej pracy. Oh... Magazyn Rolling Stone zechciał mnie w swoich zastępach. Powinnam się cieszyć. Normalnie skakać z radości. Spokojnie Kris..1..2..3..
- Gdzie są do cholery moje fajki?! 
  Jedną ręką trzymając kierownicę i jako tako stabilizując swoją jazdę, schylam się po paczkę moich ulubionych papierosów- cienkich mentolowych.
- Gdzie ty jesteś?- mruczałam do siebie macając podłoże samochodu wyłożone czarnym dywanikiem.
- Jest!- krzyknęłam tryumfalnie, czując w palcach prostokątny przedmiot w cienkiej foli. Podnoszę głowę.
- Kurwa!
I zaczynam gwałtownie hamować. 

  Otwieram drzwiczki, które od razu wypadają i omijając je wychodzę z auta, a raczej tego co z niego zostało. Kręci mi się w głowie od gwałtownego ciosu *poduszek powietrznych. 
  Kieruję swoje chybotliwe kroki w stronę "czegoś" rozłożonego plackiem na drodze wjazdowej do Los Angeles. Zatrzymuję się tuż przed nim i przeszywam nienawistnym spojrzeniem.
- Czy ty.- pytam wskazując na niego palcem- jesteś w pełni sprawny umysłowo?
  "Coś" patrzy na mnie ciekawie swoimi błękitnymi oczami. Swoją drogą bardzo ładnymi. Halo?! Ziemia do Kris. Po co tu przyszłaś? No właśnie.
- Ty..ty..ty widzisz co ty zrobiłeś? Moje nowe, nowiuśkie auto nadaje się na złom. I to wszystko twoja wina! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- pytam tupiąc zrozpaczona nie doczekawszy się odpowiedzi i widząc, że ten nic nie robi sobie z mojej tyrady rozglądając się ciekawie wokół. 
- No tak. Słońce całkowicie wypaliło ci mózg jak leżałeś na tej drodze. - odchodzę kilka kroków dalej, zrzucam szpilki stawiając je równo obok i siadam na nagrzanym asfalcie. Chowam głowę w rękach.
- Zajebiście. Po prostu zajebiście. Mąż mnie zdradził z jakąś szpetną laską. Rozumiem jeszcze, gdyby byłą ładna- ale nie! I rozpieprzono moje nowe auto. Pachnące jeszcze salonem. Cholera z tym. A ten sukinsyn pewnie jeszcze posuwa ten..ten regał. Jasna cholera. Wszystko się wali. 
- Steven jestem.- słyszę nagle.
I wybucham niekontrolowanym płaczem.

Axl.
  Z niechęcią odkładam kawałek papieru. Kurde, Axl człowieku! Zdecyduj się w końcu na kim ci zależy. O kogo chcesz walczyć. O jakąś dziwkę, co prawda z wyższych sfer ale jednak... Czy o Vic?  Ale oczywiście. Nie mam szans. Ona woli nawet pana McKagana niż mnie. Ze Stradlinem się dogadała. A ja? Może za mało się staram, może zwyczajnie nie wiem czego chcę. W sumie.. Chciałbym kiedyś usiąść sobie z żoną i patrzeć jak bawią się moje dzieci. Zaraz. Axl. Co ty pieprzysz?
  Sex, drugs & Rock 'n' Roll!
  A może jednak?

_________________________________
*nie wiem, czy wtedy były takie cuda a jestem za leniwa by kogoś spytać, czy nawet sprawdzić w necie. Trzymajcie kciuki za mnie jutro xD 
Mam nadzieję, że rozdziałem nie zawiodłam i nie zaniżyłam (już i tak niskiego) poziomu bloga.

czwartek, 2 stycznia 2014

21.

Jutro muszę jednak iść :c Ale dzisiaj nie byłam i oto owoc tego dnia XD Pozdrawiam Rocky, która jednak wolałaby jakby Duff nie żył. Sorki Siostro XD
____________________________________________________________________________
Vic.
  Ale jak to? Tak po prostu odszedł? Jebany egoista. Mimo wszystko zrobiło mi sie jakoś tak źle. W sercu zagnieździła się nieprzyjemna, gorzka emocja. Nie potrafiłam jej określić, przeszkadzała mi. Uwierała w codzienność. Ostrożnie usiadłam na krzesełku i schowałam twarz w drżących dłoniach. Byłam zła. Zabrano go nam.A może to on naumyślnie odszedł od nas? Nie wiem.
  Chciałabym, aby moje myśli były puste. Puste. Puste...

Izzy.
  Byłem zaskoczony. Tak to chyba właściwe słowo określające ten wielki..pierdolnik, który rozgrywał mi się przed oczami. Jeden z moich przyjaciół właśnie stygł na szpitalnym łóżku. Obróciłem się w prawo w stronę siedzącej Vic. Chowała głowę w dłoniach i strasznie się trzęsła. Powoli do niej podszedłem i kucnąłem chwytając ją za ręce. Spojrzała na mnie smutno. Poczułem  jakieś dziwne ukłucie w sercu. Kurwa tylko nie zawał. Ale nie. Po chwili uświadomiłem sobie, że to nie jest żadna choroba. To cholerne uczucie, które każdego dnia wyganiam ze swojego serca. Vic to tylko przyjaciółka- i tak pozostanie Izzy. Nie jesteś nikogo wart, jesteś tylko jebanym ćpunem, który i tak prędzej czy później (ale pewnie prędzej) tutaj skończy.
  Wszyscy widzą we mnie tylko przyjaciela lub przygodę na jedną noc. Po co to psuć?

Slash.
  Wypalałem już drugiego fajka, gdy z sali obok wybiegła ponętna pielęgniarka i trzęsąc i tym i owym podążyła drogą, którą wcześniej udał sie lekarz. Usłyszałem tylko jak woła.
- Doktorze! Nastąpiło wznowienie pracy serca.
Zakrztusiłem się dymem.

Biegiem lekarz dopadł do drzwi. Za nim truchtała pielęgniarka. Trampkiem zgasiłem papierosa na szpitalnym linoleum, którego kolor przypominał rzygi i przylepiłem się do szyby obserwując jak ratują Duffa.

Vic.
  Wstałam nagle i podpierając się o ścianę podążyłam w kierunku Slasha. Za sobą słyszałam jak Ag wzdycha z ulgą, jak Izzy idzie za mną.
- Oni..wznowienie pracy serca.- wymamrotał przyciśnięty do szyby Slash.
  Kręcący się nad Michaelem lekarze nie wyglądali pocieszająco, jednak czerwona dioda skacząca co raz na ekranie do góry napełniała mnie ulgą. Rozpłakałam się widząc napływające na jego policzki kolory. Poczułam jak Izzy obejmuje mnie ramieniem i po chwili moczyłam już jego czarny tiszert.

Steven.
  Co u mnie?
  Jechaliśmy z dość dużą prędkością. Umożliwiającą natychmiastowe wylądowanie na drzewie, bądź w rowie. Położyłem dłonie na kolanach i patrzyłem się przed siebie. Przełknąłem ślinę.
Szczerze? Nigdy nie znajdowałem sie w sytuacji bez wyjścia. Ta niewątpliwie do takich należała. Nerwowo chrząknąłem i postanowiłem, że czas się pożegnać.
- O Boże!- krzyknąłem nagle- jeleń!
  Andrea zwolnił gwałtownie rozglądając się wokół a ja korzystając z okazji otworzyłem drzwiczki, zawahałem się chwilkę i ulotniłem w stylu bohaterów. Wiecie co? Beton jest cholernie twardy. Nie polecam. Myślę sobie śmiejąc się i masując obolały tyłek na środku drogi wjazdowej do LA.

Axl.
  Ściskając kurczowo w dłoniach wizytówkę od Katie- mój bilet do wielkiego świata (wiecie lubie ruchać bogate tyłki) powoli wkroczyłem do domu. Z początku zmieszałem sie panującą tam ciszą ale po chwili znalazłem w swoim rudym łbie jej źródło. Wszystkich zapewne wywiało do szpitala-bo Duff. Sam również chętnie bym się wybrał ale nie mam czym. Chyba, że..pomyślałem zerknąwszy na zgnieciony papierek. Wygładziłem go kciukiem.
  Zadzwonić?

Agnes.
-Można do niego wejść?- usłyszałam cichy głos Veroniki. Pielęgniarka stojąca przy drzwiach obrzuciła nas wzrokiem i powiedziała.
- Tylko najbliższa rodzina..
  Więc w stronę drzwi krok zrobiliśmy wszyscy, co ona switowała zdumionym spojrzeniem i dodała.
- Jedna, maksymalnie dwie osoby. On musi teraz wypoczywać.- Westchnęłam ciężko, wiedziałam że nie mam najmniejszych szans. Kiedy Slash i Iz zniknęli za drzwiami ja zostałam sama z Vic.
  No i zapanowała dosyć niezręczna cisza.
- Szkoda, że tak się stało.- to ja..
- Yhym..- to jak można się domyślić moja "rozmówczyni".
- Jak go znalazłaś?
- Nie mam ochoty o tym teraz rozmawiać.
Stwierdzam, iż tematy do rozmów między nami w końcu definitywnie się wyczerpały. Tak jak nasza stara przyjaźń. Odkąd spotkałyśmy chłopaków wszystko idzie nie tak i nic nie jest jak kiedyś. Szkoda.
  Kiedyś bardzo dobrze się dogadywałyśmy. Tajemne szyfry w podstawówce sprawiły, że niemal czytałyśmy sobie w myślach. Ahh stare czasy.. obgadywanie słodkich panienek, głąbów, nauczycieli... Wyjazdy do dziadków do Polski. Ja nie za bardzo mogłam sobie pozwolić. Moja mama wraz z mamą Vic pracowała w bibliokafejce ojciec był bezrobotny a dochód z tego był wystarczający by utrzymać dom ale nie żeby pozwolić sobie na wyjazd do Stanów. Jednak przy zebranych oszczędnościach, pomocy taty Vic i dziadków z Polski w końcu dziesięcioletnia ja stanęłam na płycie lotniska. Pierwszy ale też ostatni raz... Było wspaniale. Całe wakacje z przyjaciółką w wolnej od zapachu spalin wsi. A potem wróciłyśmy do LA. Po cudownych dwóch miesiącach.. Zginął tata Veroniki i wszystko zaczęło się sypać.
 I sypie się nadal.