niedziela, 9 listopada 2014

26.

Kiedyś w końcu trzeba się ogarnąć. Prawda? Nie pisałam ponieważ miałam pewne problemy.
Ale mniejsza o nie. Jednak wróciłam xdddd I nie, nie zamierzam nigdy rzucić blogowania aczkolwiek takie przerwy mogą u mnie często występować.
__________________________________________________________________________________

Vic.

Obudziło mnie głośne walenie w drzwi.  Przetarłam leniwie oczy i sięgnęłam po szklankę wody stojącą na szafce przy łóżku. Chwilę potem zrzuciłam z siebie kołdrę i poczłapałam otworzyć drzwi.
- Cześć.
- Witam.
- Mogę wejść?- spytał ostrożnie Izzy.
- Czego go tu wziąłeś?- odpowiedziałam pytaniem na pytaniem i wskazałam głową stojącego za brunetem Duffa.
- Tylko jego samochód działał.- wzruszył ramionami Jeff.
- Nie umiesz kierować?- prychnęłam rozsierdzona.
- Mogę wejść?- powtórzył spokojnie.
Usunęłam mu się z drogi. Michaelowi zamknęłam drzwi przed nosem.

- Pozwolisz, że pójdę się przebrać.
Brunet skinął przyzwalająco głową i zgarniając kołdrę na drugą połowę łóżka, przysiadł na nim. Chwyciłam szybko jakąś koszulkę z szafy, dżinsy i poszłam do łazienki się przebrać.
Kiedy wróciłam poza Izziego sie nie zmieniła. Tylko jego oczy krążyły po ścianach pokoju.  Chwilę jego wzrok zatrzymał się na zdjęciu, które stało na półce. Kąciki jego ust mimowolnie się podniosły. Było to zdjęcie, które wykonał nam Slash, nawet nie pamiętam kiedy. Siedziałam na barana na brunecie i niczym mała dziewczynka obejmowałam go za szyje.
- Ykm.- chrząknął.
- A tak.- mruknęłam pod nosem i wrzuciłam pidżamę do szafy.- Herbaty?
- Poproszę.
Kiedy odwróciłam się w stronę kuchni, wstał i poszedł za mną.
Moje ruchy były niespodziewanie wolne, dokładne. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że byłam spokojna. Cały ostatni tydzień był o dziwo  spokojny. Jeff odwiedzał mnie codziennie jednak nie tak wcześnie jak dzisiaj. Zmarszczyłam brwi zaniepokojona. Musiał to wyczuć.
- Mam pewną sprawę.- powiedział wymijająco.
- Domyśliłam się, inaczej nie przyszedłbyś tak wcześnie. Jest..-tu odwróciłam się, żeby zerknąć na kuchenny zegar wiszący nad kuchenką- siódma rano. Jezu Jeff....
Ten uśmiechnął się złośliwie.
Westchnęłam i odwróciłam się, żeby wyjąć kubki z szafki. Podniosłam czajnik i zaczęłam zalewać torebki zielonej herbaty.
- Wyjeżdżasz za tydzień.
Moja ręka niebezpiecznie zadrżała.
- Cholera Izzy. Chcesz,  żebym się poparzyła?
- Nie. Wiesz Veronica wszystko już załatwiłem. Wiem od kogo pożyczę samochód, sam Cie odwiozę..
Krzątałam się obok niego, nie zwracałam uwagi na jego słowa. Byłam na nie głucha. Nerwowo tarłam szmatą mokre miejsce.
-...a jak się nie uda to może kogoś załatwię. Ostatecznie pociąg. Babcia bardzo się ucieszyła, wiesz?
Wyszłam po kolejną szmatę, ta już się przemoczyła.
- Czy Ty mnie w ogóle słuchasz?- spytał Izz podążający za mną krok w krok.
Nie odpowiedziałam. Nie słyszałam.
- Veronica!
- Nie chce Twojej pomocy! Poradzę sobie sama! - wybuchłam nagle.- Nie traktuj mnie tak!
- Ale...
- Nie nie nie! Mam tego dość. Nie jestem małym dzieckiem wiesz? Popatrz, już tydzień i nikt mi nic nie zrobił. Nic się nie dzieje! Więc do cholery niech tak zostanie!- krzyczałam. Dłonią szybko przetarłam mokre policzki.
Izzy nie powiedział już nic. Stał przede mną i patrzył. Trochę zrozpaczony, trochę zdziwiony moim wybuchem. Jednak mimo wszystko najwięcej było w nim spokoju. Jak zawsze. A potem mnie przytulił.
Przysięgam, że widziałam to przez chwilę w jego oczach.
Widziałam chęć.
Chęć mnie.
Zapłakałam ostatni raz obsmarkując mu bluzkę.

Kristen.

- Więc, co lubisz jeść?- zapytałam stojąc przy kuchni. Chciałam tylko odpędzić tę niezręczną ciszę.
- Ym.. Jedzenie.- odpowiedział szczerze Steven. Popatrzyłam na niego głupio.
- Może być jajecznica z bekonem?- Zawsze to robiłam mojemu mę... byłemu mężowi na śniadanie.
- Mi pasuje.- wyszczerzył sie blondyn. Mi już mniej- pomyślałam. Powinnam dbać o linię, która ostatnimi czasy trochę się... zachwiała. Kiedy jednak mój brzuch niebezpiecznie zaburczał, do smażącego się już bekonu dorzuciłam jeszcze kilka dodatkowych plasterków.
Następnie wbiłam cztery jajka i przyprawiłam. Kiedy było gotowe pachnącą masę rozdzieliłam i wrzuciłam na dwa talerze. Jeden z nich podstawiłam Stevenowi pod nos.
- Siękuje barso.- wymruczał wypluwając kawałki swojej jajecznicy z ust.
- To dobrze, że smakuje.- mruknęłam i zdegustowana odwróciłam się od niego.
Jezu jaki niekulturalny neandertalczyk.

- To gdzie mieszkasz?- zagaiłam zmywając naczynia.
- W domu.- parsknął Steven przeglądając jakąś gazetę i zraszając wszystko w promieniu kilometra herbatą.
- Wyczerpująca odpowiedź. - jęknęłam.
Nie zapowiada się, żebym szybko się go pozbyła.
Przypadła mi od losu rola niańki.

Agnes.

Moje wcześniejsze stosunki z kędzierzawym osobnikiem diametralnie się zmieniły. Nie powiem, żebym jakoś specjalnie za nim tęskniła. Chyba nigdy go nie kochałam. Ale miłe było uczucie, że kogoś obchodzisz i ktoś Cie kocha.
I kupuje ci prezenty.
No i zachowuje się jakbyś była porcelanową filiżanką.
Jednak uczucie fatalnego zakochania jest gorsze.
- Proszę jeszcze raz.- zawołałam kelnera i przesunęłam w jego stronę kieliszek, który on szybko napełnił mi przejrzystym płynem.
- Witam panią.- powiedział jakiś mężczyzna siadając na krzesełku obok mnie.
- Dobry wieczór. - mruknęłam i wlałam w siebie zawartość stojącego przede mną kieliszka. Skrzywiłam się.
- Mogę postawić pani drinka?- zapytał uprzejmie.
- Wódkę.- poprawiłam go.
- Jak pani sobie życzy.
Po chwili wywiązała się jakaś gadka szmatka. A chwilę potem on obcałowując moją szyje ciągnął mnie w kierunku swojego mieszkania. Potem zrywał ze mnie gwałtownie ubranie. A później...
Kolejna noc w obcym łóżku.

Axl.

- Gdzie jest Steven?- wymamrotał wpół przytomny Slash.
- Nie mam kurwa pojęcia.- jęknąłem gramoląc się spod sterty ubrań.
- Nie ma kto posprzątać w domu.- dodał Michael.
- Ale on nigdy nie sprzątał.-zauważył inteligentnie Mulat.
- A no tak.- odpowiedział Mich i wyszedł a właściwie wypełzł z domu.
Przeciągnąłem się i rozejrzałem w poszukiwaniu moich skórzanych portek. Kiedy je znalazłem wciągnąłem na przymarzające mi jaja i wyjąłem z tylnej kieszeni paczkę fajek. Przeczesałem dłonią moje długie włosy i przeglądając się w pękniętym lustrze stwierdziłem, iż dziwnym jest, że jeszcze jestem sam.
- Czyżby wyrosły ci cycki Axl?- zapytał Slash.
- Nie, czemu?- odwróciłem się w jego kierunku zdezorientowany.
- Bo patrzysz na swoje odbicie jak na Boga.
No a kto przed nim stoi, jak nie Bóg?
- Pierdol się Slash.- odburknąłem machając w jego stronę ręką.
- Nie mam z kim przyjacielu.
Westchnął i wyszedł śladami Michaela.
Ja też chwilę potem opuściłem nasz przybytek. Chcąc zachować pozory normalnego domu chciałem zamknąć drzwi (wiecie ostatnio znalazłem klucz) jednak ze smutkiem zauważyłem, że nasz zamek był wyrwany a w jego miejscu ziała wielka dziura.
Nie dowierzając wsadziłem w nią dłoń.
- Kurwa.


Izzy.

Wrzuciłem kilka centów do otworu aparatu telefonicznego i kilkoma szybkimi ruchami wykręciłem numer.
- Słucham?- odezwał się głos z drugiej strony. Głos niewątpliwie kobiecy i zniszczony przez długoletnie, nałogowe palenie.
- Witaj babciu.
- Ah, to ty Jeff. Czy stało się coś, czym powinnam się zaniepokoić?- spytała żartobliwie. Przed oczami stanął mi jej obraz i to jak zawsze zakładała ręce na biodra pochylając się nade mną.
- Nie, chyba nie. Ym...To znaczy tak.- jąkałem się. Wiecie, czasem trudno jest babciom coś wytłumaczyć.
- No Jeff, słonko. Powiedz babci co się takiego stało.- zagruchała.
- Babciu nie jestem już dzieckiem.- odpowiedziałem z wyrzutem.
- A no tak mój młodzieńcze. Kontynuuj.- poprosiła poważnym tonem. Uśmiechnąłem się pod nosem i ważąc w dłoni jeszcze kilka monet osunąłem się po ścianie budki.
- No bo widzisz babciu....

Vic.

Nucąc pod nosem "I want to break free" przygotowywałam sobie kolację. Byłam pewna, że nigdzie nie pojadę. Bo po co?
Wszystko  już się ułożyło. Nikt mnie nie ściga, a tamto potrącenie to pewnie nieszczęśliwy wypadek. Po prostu ze strachu coś mi sie uroiło. Na pewno. Izzy też już panikuje.
Z pełnym talerzem usiadłam przed telewizorem. Przerzucałam kanały, aż w końcu trafiłam na jakiś serial.
W pełni pochłonięta upadkami i wzlotami bohaterów- Constance i Albano nie usłyszałam dzwonka do drzwi. Dopiero za drugim razem, zła za wyrwanie mnie z amoku, szarpnęłam gniewnie drzwi. Jednak co dziwne nikogo za nimi nie było.
Może się przesłyszałam?
Pewnie tak.
Mimo wszystko ze strachu podeszłam do okna aby je porządnie zamknąć.
Na zewnątrz, pod drzewem na przeciwko bloku ktoś stał, miał uniesioną do góry głowę. Czułam na sobie jego wzrok. Próbowałam, bez zbędnego wychylania, dojrzeć kto to, jednak nie udało mi się. Ta osoba wybrała sobie dobre miejsce- gałęzie drzewa padały na nią cieniem. Nie można było nic zobaczyć.
Zaniepokojona przełknęłam ślinę. Znowu moja wyobraźnia próbowała mnie zagnać w kozi róg.
To pewnie jakiś sąsiad, który zapomniał kluczy.- wmawiałam sobie. To czy wierzyłam w swoje słowa pozostawmy bez odpowiedzi.
Szybko zamknęłam okno i porządnie zasunęłam zasłonki. Wyłączyłam wszystkie światła w domu, oraz telewizor w kulminacyjnym momencie pocałunku. A potem skuliłam sie na łóżku.
Jesteś chora.- mruknęłam do siebie.


"Bez przerwy uśmiech
Bez przerwy uśmiech
Echa śmiechu w twych oczach
Nieustanna wspinaczka
Nieustanna wspinaczka
W igliwiu delikatne kroki
Bez przerwy płacz
Bez przerwy płacz
Po chwili mija smutek
Wciąż toczymy się
Wciąż toczymy się
   Pomóż mi przetoczyć ten głaz"*

___________________________________________________________________________
*Pink Floyd- Crying song

Mam nadzieje, że nie wyszła z tego kompletna klapa. Proszę komentujcie (cygan), krytykujcie do wyboru do koloru.

wtorek, 26 sierpnia 2014

25.

Nie wiem czy mogę się jakoś usprawiedliwić. Raczej nie. Jako informację do rozdziału pozostawie wam to, że mama dała mi szlaban i kazała siedzieć w książkach ok. Tak, dla mnie to też jest niezrozumiałe.
W każdym bądź razie dostęp do internetu miałam (jedynie na telefonie ale to zawsze coś) czytałam na bieżąco wszystko. W swoim czasie nadrobię komentarze xd
________________________________________________________________________________

Kristen.

- Boże, kto to widział, żebym włamywała się do własnego domu?!- mruknęłam wyjmując z dziurki od klucza wsuwkę i popychając drzwi do przodu.
Mój dziwny towarzysz, od niedawna kolega, pomaszerował za mną.
- Cholera ale weź te brudne, spocone dupsko z mojej kanapy! Wiesz jak trudno się ją czyści?- krzyknęłam zbulwersowana.- Dziękuje - odpowiedziałam kiedy poderwał się jak oparzony.
- Po schodach na górę, po lewo trzecie drzwi. Idź się umyć, bo stokrotkami nie pachniesz.- poinstruowałam blondyna, który ze skruszoną miną zaczął się obwąchiwać. Jednak chwilę potem, widocznie przyznając mi rację, udał się z mam nadzieję zamiarem kąpieli na górę. 
Sama natomiast zamknęłam wejściowe drzwi i wstawiłam wodę na kawę.
Zawsze odkąd pamiętam, pierwsze co robiłam po przyjściu do domu i zamknięciu drzwi było to zrobienie sobie kawy. Najlepiej sypanej z dużą ilością cukru. Wzięłam kubek do ręki i wręcz majestatycznie sącząc poszłam porządnie sie wykąpać.
Wiecie, mam sporą chatę i dwie łazienki. To tak na marginesie, żeby nie było że napaliłam się na Stevena.
- Jezus maria!- to wszystko co mogłam z siebie wydusić. Moje brązowe włosy były w strasznym nieładzie, gdzieniegdzie, przeczesując je palcami znalazłam gałązkę lub liść.
Niezłe gniazdo sobie wyhodowałam.
Makijaż jak to po płaczu, nic specjalnego. Czarne pręgi od tuszu zdobiły moje wcześniej upudrowane policzki, a moja szminka "rubinowy zachód słońca", którą poleciła mi moja przyjaciółka, całkowicie sie starła.
Ale po cóż kochana masz wspaniałą dużą wannę i swój grejfrutowy płyn do kąpieli!

W gorącej wodzie, po uprzednim pozbyciu się ubrań, zanurzyłam się z przyjemnością.

Vic.

Przekroczył ponownie próg mojego nowego domu i mocno przyparł mnie do ściany, jednocześnie kowbojkiem zamykając drzwi. Odepchnęłam go. Spojrzał na mnie smutno i ponownie podszedł bliżej. Tym razem ostrożnie mnie objął, zagubione kosmyki włosów zakładając za ucho. Położył mi dłoń na lewym policzku. Nie wiedziałam co mam o tym sądzić.
Najlepiej byłoby w ogóle nie myśleć.
Po chwili poczułam jego wargi. Były wyjątkowo spokojne i delikatne.
Westchnełam, a on uśmiechnął się pod nosem. Po omacku zaprowadził mnie do sypialni i położył na łóżku nie przestając całować.
Zszedł niżej i teraz to moja szyja była obiektem jego zainteresowań. Po chwili odpiął guziki mojej jedynej wizytowej koszuli i rzucił ją gdzieś za siebie. Spojrzał na mnie uśmiechając się.
Pocałowałam go, wzbudzając w nim większą żądze. Popatrzyłam na niego. na jego palce, które powoli ale wprawnie pozbawiały mnie kolejnych części garderoby. Jak dziecko.
Kochałam go.
ale..
Zawsze było jakieś pieprzone "ale".
Walić to.
W tej chwili potrzebowałam miłości i ciepła. A on był gotowy mi to dać.
- Przepraszam. - szepnął cicho.
Gładził moje ramiona i wodził dłońmi po mojej skórze. Poczułam gęsią skórkę na całym ciele, które w tym momencie było odziane jedynie w bieliznę.
Popatrzył na mnie przerywając swoją wcześniejszą czynność, jakby czekał na pozwolenie. Jako odpowiedź wcisnęłam swoje dłonie za gumkę jego bokserek i szybko się ich pozbyłam. Niedługo i moje "odzienie" spotkał ten sam los.
Nie odrywając się od moich ust stanowczo we mnie wszedł.
Jęknęłam wyginając się w tył. 

Odgarnął mi włosy z czoła i pocałował.
Opadł na poduszki i przygarnął mnie do siebie. Czułam na szyi jego przyśpieszony oddech, który powoli wyrównywał.
- Kocham cie.- szepnął.
Nie odpowiedziałam.
Gorzkie łzy płynęły mi po twarzy.

Duff.

Obudziłem sie z zamiarem opróżnienia mojego pęcherza. Przerzuciłem więc nogi za krawędź łóżka i zacząłem przecierać oczy. Nagle usłyszałem za sobą szelest pościeli i długie ziewnięcie. Obróciłem się posyłając Veronice rozbawione spojrzenie.
- Dzień dobry- wymamrotałem.
Zbyła mnie milczeniem.
Zmieszałem sie i pomyślałem, że coś musiałem znowu spieprzyć. Ale przecież wczoraj było dobrze, prawda? Ehh.
Vic natomiast w tym czasie zdążyła się ubrać i wyszła, sądząc po moim rozeznaniu w terenie- do kuchni.
Po chwili trzaśnięcie drzwiami, dźwięk przekręcanego w zamku klucza i cisza. 
Schowałem twarz w dłoniach.
Pierdole.

- To co tutaj zaszło, nie miało miejsca. Zapomnij o tym.- powiedziała stanowczo dziewczyna.
Zerknąłem na okno i chwilę obserwowałem sąsiadów i ich poranne obowiązki i wędrówki do pracy.
- Wróć do mnie.- odpowiedziałem.
- Nie.- zacisnęła zęby.
Spuściłem głowę i przez chwilę panowała cisza.
Cisza, która niebezpiecznie zaczynała dzwonić nam w uszach.
- A wiesz dlaczego?- zapytała po chwili. Pokręciłem zmieszany głową.- Bo to Ty wszystko spieprzyłeś.- dokończyła wskazując na mnie palcem.
- A teraz wyjdź.
- Kocham Cie.
- Zbyt często używasz tego słowa, nie zapomnij jego znaczenia.- odparła sucho.
Podszedłem z zamiarem przytulenia jej, jednak ona unosząc ręce odsunęła się ode mnie. Następnie pokazała mi drzwi.

Vic.

Była sobota a ja właśnie wracałam ze sklepu spożywczego dzierżąc w obu dłoniach ciężkie reklamówki z produktami potrzebnymi do przygotowania jutrzejszej kolacji. 
Owszem zaprosiłam kilku znajomych.
A właściwie to całe Guns n' Roses, pomijając Michaela. Nie mam zamiaru go oglądać.
Rączki wpijały mi się w nadgarstki odbijając się na skórze fioletową pręgą. Zwolniłam więc na przejściu by przełożyć torby do dłoni, aby było mi wygodniej. 
Nagle zza zakrętu w szaleńczym pędzie wypadł czarny samochód. W panice przyśpieszyłam,  jednak zdecydowanie za późno.
Pisk opon trących w zabójczym tempie o asfalt. 
I ściana powietrza, która uderzyła we mnie wywiewając mi gwałtownie włosy do tyłu. 
Wypuściłam siatki z rąk. A samochód z całym impetem uderzył we mnie.
Upadłam.
Odjechał.

Axl.

- Przepraszam? Ma pan może ogień?- spytała mnie nagle pewna dziewczyna. Spożywałem sobie właśnie pewien napój, elegancko rozkładając sie na krawężniku. 
- Kobieto, mam miotacza ognia w spodniach.- wymruczałem mam nadzieję uwodzicielsko, wiadomo co z językiem robi alkohol.
- Doprawdy?- burknęła zakładając sobie ręce na pierś.
- A chcesz się przekonać?
- Spadaj stary dziadu.
- Trzynastka nie powinna palić. Spieprzaj zanim powiem Twoim rodzicom.
Ja ci dam "stary dziadu".
Mała bezczelna gówniara.

Vic.

Ulica była pusta.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu oparcia. Czegoś dzięki czemu mogłabym się podnieść.
Podczołgałam się w stronę rozrzuconych zakupów i trzęsącymi się dłońmi zaczęłam je zbierać do siatki.
Następnie o dziwo dźwignęłam się z trudem na nogi i kulejąc podążyłam w stronę domu.
Przy takim uderzeniu powinnam skończyć jako mokra plama.
Głupi ma zawsze szczęście.


                                                   ***

- Siema!- krzyknął Slash od progu. Stałam właśnie w kuchni i mieszałam sos do spaghetti. 
- Witam i zapraszam. Proszę rozgośćcie się, za chwilę przyjdę.- Poinformowałam wychylając się zza futryny.
Chwilę później wyszłam, żeby sprawdzić ile talerzy powinnam wyjąć i ile osób mam nakarmić.
- Pań tu nie zapraszałam.- powiedziałam na widok kilku panienek, które tu przywlekli.
Te prychnęły obrażone.
Chuj im w dupę.

Kiedy kameralne przyjęcie- parapetówa zaczęło sie wymykać spod kontroli, a w łazience i po kątach obściskiwały się osoby, których nie znałam, postanowiłam zakończyć zabawę. Zanim moje mieszkanie zamieni się w burdel. 
Dosłownie.
Wyłączyłam dudniącą muzykę, otworzyłam szeroko drzwi i wszystkich "grzecznie" wyprosiłam.
A bynajmniej tak mi się wydawało. 
- Pomóc?- spytał ktoś podczas gdy zbierałam brudne talerze ze stołu. 
Mało co a moja nowa zastawa poszłaby w drobny mak. Odwróciłam się w stronę "intruza".
- Izzy?- mruknęłam zaskoczona.
- Ta.
- Coś się stało?- spytałam z zaniepokojeniem odnosząc naczynia do kuchni i wstawiając je do zlewu. Czarnowłosy chłopak, niczym cień podążył za mną.
- Powiedzmy.
- Mogłabym poprosić trochę więcej szczegółów? - odparłam kąśliwie odkręcając wodę i zaczynając zmywanie.
Zapytany nie śpieszył się z odpowiedzią. Zapalił papierosa i dopiero zaczął mówić.
- Jakby to. Nie podoba mi się ta sytuacja. - na te słowa przerwałam wykonywaną czynność zamierając zaskoczona.- Możliwe, że ktoś może chcieć Ci zrobić krzywdę. Nie chciałbym do tego dopuścić. - dokończył a ja wzdrygnęłam się na wspomnienie dzisiejszego incydentu. 
Uważne oczy obserwującego mnie bruneta nie przepuściły tego gwałtownego gestu.
- Już ktoś Ci coś zrobił?- zapytał chłodno.
Milczałam.
- Nie będę się powtarzał. Zrobił Ci ktoś coś?
Kiwnęłam szybko głową, ton jego głosu nieprzyjemnie podrażnił mi uszy.
- Kto?
- Wracałam wczoraj ze sklepu, była może trzynasta lub coś koło tego. Na przejściu koło banku. Ktoś mnie potrącił.
- Kto?
- Nie wiem, nie widziałam twarzy, zresztą szybko odjechał.- powiedziałam i schowałam twarz w dłoniach.
Bałam się?
A kto by na moim miejscu się nie bał?
Jeff westchnął ciężko i podszedł bliżej.
Objął mnie swoimi ramionami, uprzednio gasząc papierosa w popielniczce i wyszeptał mi do ucha.
- Mam zamiar wywieźć cie na jakiś czas do Lafayette.
Mimo wszystko  uśmiechnęłam się pod nosem i wtuliłam bardziej w ciepłe ciało chłopaka.
A wywóź mnie gdzie chcesz.- pomyślałam.

W domu słychać już było tylko spokojny oddech śpiącego Izziego, tykanie zegara w korytarzu i rozmowy, które ktoś prowadził pod blokiem. Przez uchylone okno, do pokoju wpadał co raz "świeży" ( wiadomo jak to amerykańskie powietrze ) powiew wiatru, który poruszał zasłonki i przynosił odgłosy ulicy. Przebrana w wygodny dres, z kubkiem herbaty w dłoni, usiadłam na parapecie otwartego okna.
Westchnęłam.
Brakowało mi pieniędzy, tego nie dało się ukryć. Mój portfel zaczynał świecić pustkami, szczególnie po mojej ostatniej wycieczce szlakiem promocji i wyprzedaży. 
Boże, gdzie ja teraz znajdę pracę?
Gdzie osoba z takim wykształceniem, a właściwie- jego brakiem, z zaledwie marnym (nawet nie skończonym) liceum,  może pracować?
A co dopiero mówić o pieniądzach na studia, które nie ukrywam przydałyby się.
Nie mam nawet kontaktu z matką, by poprosić ją o drobne wsparcie. Nie jest miłe, kiedy nie możesz liczyć na bliskich, bo się od ciebie odwrócili. 
Ale nie jest miłe też to, że przespałam się z największym skurwysynem na świecie. Tego nie mogłam sobie darować. Jak bardzo byłam głupia, jak desperacko się zachowałam.
Jak dziwka.
Vic, on miał rację.
Jesteś dziwką.
____________________________
słabe.
ale jest ((:

środa, 9 lipca 2014

Informacja.

WITAM PAŃSTWA!
Jako, że, iż, ponieważ jutro wyjeżdżam nad morze (łoho...)  raczej już nic nie napiszę, zresztą nawet mi się nie chce. Jest gorąco w chuj i za chwilę się usmażę. Oczywiście zamieszczę rozdział od razu jak wrócę, czyli 18 , więc spokojna wasza zachlana (:
A na osłodę :

  


                                              POZDROWIENIA OD ANGIE (:
                                                   

piątek, 27 czerwca 2014

24.

Chciałam możliwie jak najszybciej xd
__________________________________________________________________________________
Izzy.
Gwałtownie zdeptałem peta obcasem mojego buta.
- Co zamierzasz teraz zrobić?- spytał Slash.
Bardzo dobre pytanie. Na obecną chwilę nie potrafiłem nic powiedzieć a co dopiero sensownie myśleć. Jednak w głowie tworzył mi się powoli plan, którego ostre krawędzie wysuwały się spomiędzy zwojów raczej niezbyt często używanej przeze mnie części mózgu.
Tak nawet ja, niepozorny Izzy Stradlin, nie wykorzystuje w pełni mojego narządu odpowiedzialnego za magazynowanie informacji. 
- Coś wymyślę.- powiedziałem chowając fajki do wewnętrznej kieszeni koszuli. 
Wspiąłem się szybko po schodach i mijając kilka beznamiętnych twarzy, myślałem.
Myślałem też kiedy cicho wszedłem do sali.
Nawet wtedy gdy siadłem obok Vic i przygarnąłem ją delikatnie do siebie.
Przyczepić jej plakietkę "postrachu Los Angeles"? Kpina.
Zaczęła mamrotać i leniwie otworzyła oczy.
- Coś się stało?
- Nic, nic. Śpij, pewnie jesteś zmęczona.
Na te słowa wtuliła się we mnie. Westchnąłem ciężko i dodałem.- Wujek Izzy sobie poradzi. Musi.

Axl.
Kierowca taksówki zaparkował tuż przed wejściem i jak tylko wytoczyłem swój tyłek ze środka, ruszył. Nie zdążyłem nawet zamknąć drzwi.
Aha.
Kurwa. Chyba bardziej bałem się tylko wtedy gdy w tajemnicy przed rodzicami słuchałem Eltona w łazience. 
Sterylność szpitali budziła we mnie odrazę, tak więc starałem się niczego nie dotykać i podążyłem w stronę recepcji.
- Hm...przepraszam.- zająknąłem się.
Recepcjonistka przerwała pracę i podniosła na mnie wzrok znad pliku kartek. Kobieta w średnim wieku. Jej oczy były wyłupiaste jak u ryby, a spojrzenie jakie mi rzuciła nie było zbyt inteligentne. Możliwe, że wcale nie wiedziała co się do niej mówi. Nie dziwię się. Na pewno gdzieś w szpitalu mają taką salę, całą zapełnioną lekami, której jest stałą bywalczynią. Ciekawe gdzie się ten raj mieści.
- Tak słucham?- wydusiła w końcu.
- Gdzie leży Duff McKagan?
- Jest pan kimś z rodziny?- spytała.
- Ym..właściwie to...- zmierzyła mnie zaniepokojonym wzrokiem.- Tak, tak..- dodałem szybko.
- Pańska godność.
- William McKagan..ym..brat.- nie wierzę, że zidentyfikowałem się jako rodzina tego debila. Recepcjonistka spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
- 207.- rzuciła i wróciła do wypełniania formalności.
- Dziękuje.

Kiedy drzwi się otworzyły, na początku zobaczyłem "mojego brata" Michaela. Wyglądał całkiem dobrze, na pewno lepiej niż wtedy gdy go znalazłem. Jego twarz nie była już taka martwa i nawet uśmiechał się przez sen. Później mój wzrok powędrował w lewy róg pomieszczenia, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.
Na kolanach Jeffa skulona siedziała Vic. Obejmował ją ramionami w pasie, a ona zarzuciła mu swoje na szyje. Oboje spali.
Jaką trzecią rzecz w pokoju zauważyłem niepozorny wazon w kolorze butelkowej zieleni. Nie wyjmując plastikowych tulipanów chwyciłem go i rozpieprzyłem o podłogę.
I z godnością Axla Rose'a opuściłem salę.

Slash.
Na dworze zaczął padać rzęsisty deszcz. Przegonił mnie z mojego wcześniejszego miejsca, tak że nie pozostało mi nic innego jak schować się pod daszek. Oparłem się tyłkiem o balustradę i patrzyłem na samochody, które jak w jakimś zaklętym kole co raz przyjeżdżały i odjeżdżały. Zdezorientowany tym całym "przedstawieniem" pokręciłem głową. 
Ciekawe jest jak szybko zmieniają się ludziom zainteresowania.
Tak. Mówię tu o Agnes. Nie o sobie. O niej.
Może się z boku wydawać, że jestem kompletnym idiotą, któremu włosy całkowicie zasłaniają pole widzenia. 
Nic bardziej mylnego.
Jestem raczej typem obserwatora niż duszą towarzystwa. Może przez whisky język mi się rozplątuje, no ale..
Trzeba przyznać że widzę wszystko. Trochę jak Izzy tyle że, w przeciwieństwie do niego, nie przepadam za tą rudą małpą. I szczerze? Raczej nie udawało się mnie oszukać. No chyba, że byłem pijany jak szpadel.
Cholera wszystko przez alkohol..

 Ktoś przebiegł szybko obok mnie i potrącił moją rękę, z której do kałuży wypadł mój do połowy wypalony papieros. Rzuciłem za osobą gniewne spojrzenie, lecz ta zdążyła już zniknąć za rogiem. Zrezygnowany wzruszyłem ramionami i zapalając kolejnego małego zatruwacza płuc, ruszyłem przed siebie.

Steven.
Dzięki Bogu. Myślałem już, że zgubiłem swoje nogi i już nigdy nie pójdę do baru czy na dziwki. Aż tu niespodziewanie jak cud z nieba- budka telefoniczna. Moje wątpliwości co do cielesności Kristen powiększyły się kiedy ta oto kobieta niestrudzenie przeszła obok mnie, rzuciła mi znudzone spojrzenie i podreptała na bosaka do telefonu. Podniosła słuchawkę i przez chwilę intensywnie się zastanawiała, następnie uderzyła otwartą dłonią w czoło i zawołała.
- Steven! Znasz numer do jakiegoś twojego znajomego czy coś?
Zmarszczyłem brwi. 
Jedyny numer jaki figurował na mojej liście to numer do Hell House'u. Izzy kazał mi się go nauczyć w zamian za podwójną działkę Brownstone'a. No i.. podziałało. 
- 783 456..- zacząłem się do niej drzeć.
- Nie mógłbyś podejść?- przekrzykiwała hałas przejeżdżających samochodów.
- A jak myślisz?
- Polegać na tobie.- powiedziała zrezygnowana, machnęła ręką i usiadła na ziemi.
Utknęliśmy? 

                             ***

Vic.
Obudziłam się i stwierdziłam, że w Hell Housie ściany są
strasznie zachlewione. Zresztą wszystko tu wygląda jak jeden wielki chlew. Jeszcze tylko nasrać na środek, jakby powiedziała moja mama.
mama..

Zaraz.
Co ja do jasnej  i ciężkiej cholery robię w Hell Housie? Rozejrzałam się w koło i zobaczyłam Izziego obok. Siedział i czytał jakąś gazetę. Próbował zachować choć odrobinę klasy i założyć nogę na nogę, jednak trudno jest tak zrobić jeżeli w domu nie ma krzeseł. 
- Oddajesz mi za taksówkę. - mruknął uśmiechając się pod nosem.
- Co z..Michaelem?- zapytałam. I od razu spieprzyłam cały nastrój. Izziemu zrzedła mina a mi zepsuł się humor na wspomnienie blondyna. No tak, cała ja.
- Wypuszczają go za kilka dni.- odpowiada składając równo gazetę i odkładając ją na jakąś stertę pustych, kartonowych opakowań. 
Następnie utkwił we mnie wzrok.
- Wyspałaś się?- spytał z zaciekawieniem.
- Nawet.- odpowiedziałam przeciągając się. 
- To dobrze, że "nawet". Spałaś dwa dni.
Jezusmaria. Ile? Chyba mi się słuch spieprzył albo byłam bardzo zmęczona. A teraz pytanie z innej beczki.
- Izzy..?
- Słucham.
- Nie wiesz może gdzie jest mój samochód?- ta sprawa nie dość, że mnie niepokoiła to i równie mocno interesowała.
- Slash się nim rozbija po mieście.
- Nie wiesz może, czy coś z niego zostało?
- Pokłócił się z Agnes.
Czyli nie. Zmartwiłam się trochę, wyglądali na całkiem miłą parę i dobrze się ze sobą dogadywali. No i był w nią wpatrzony jak obrazek- zresztą ze wzajemnością. Ciekawe kto zjebał. A poza przejmowaniem się ich związkiem, to do cholery mój samochód! Miło by było gdzieś jeszcze nim pojechać.

                            ***
*tydzień później* 

02.08.1985r.

Duff.
Czułem się trochę jak kaleka, kiedy lekarz posadził mnie na wózek inwalidzki. Oczywiście nawet nie zamierzałem mu ułatwić zadania. Co chwilę "mdlałem" i kręciłem dupskiem jakbym miał tam robaki. 
- Chce pan w końcu wyjść z tego szpitala?
Ma skurwiel siłę przekonywania.
Kiedy już pozwoliłem się posadzić, wyjechaliśmy z sali i lekarz zamknął za sobą drzwi. Wręczyli mi do ręki kartę wypisu z opisami wykonywanych na mnie badań i ruszyliśmy w stronę windy by zjechać na dół, a co najważniejsze wyjść w końcu ze szpitala. 
Kiedy lekarz prowadzący mój wózek zagadał się z jakąś pielęgniarką (zresztą nawet fajną- nie dziwię mu się) to zwyczajnie wstałem i ze słowami:
- Pieprzyć to.
wyszedłem ze szpitala. 

- Duff ty stara śmierdząca mordo.
Miło w chuj. Zawsze można przecież liczyć na Slasha. 
Nasza "rodzinka" była jakby trochę...wyszczerbiona. Brakowało Stevena, a reszta zachowywała się wobec siebie z dystansem. Szczególnie można było to zauważyć na linii Agnes-Slash i Axl-Izzy.
Westchnąłem i podszedłem do tej piątki z zamiarem wyściskania powiedzmy...wszystkich.
Kiedy przytulałem Vic, co swoją drogą wyszło trochę mechanicznie z jej strony, Izzy rzucił mi gniewne spojrzenie. Westchnąłem ciężko jakby jakiś olbrzymi ciężar spoczywał na moich płucach i szepnąłem do dziewczyny.
- Możemy później pogadać?- ta skinęła pospiesznie głową i odwróciła się do Izziego by następnie wsiąść z nim do samochodu. A my za nimi.

Vic. 
Kiedy wróciliśmy do domu, każdy chciał się udać w swoją stronę, do swoich zadań. Jednak Izzy z poważną miną usadził wszystkich w "głównym pokoju" ( bo salonem to tego nie można nazwać), chcąc nam coś ważnego przekazać. Bynajmniej tyle wyczytałam z jego twarzy. Szczerze powiedziawszy czułam dziwny uścisk na dnie żołądka i chciało mi się wymiotować. Toczyłam przerażonym wzrokiem po pokoju i twarzach "zgromadzonych".
- Ten no. Mamy trochę kłopotów.- powiedział cicho jednak każdy to usłyszał, bo rozmowy, które dotychczas trwały zostały przerwane w połowie, jakby ucięte nożem. Posłałam w jego stronę zaniepokojone spojrzenie. Ten westchnął, rzucił w naszą grupę jakąś gazetę i wyszedł na chwilę z pokoju. Axl zaciekawiony przybliżył się do porzuconego papieru, chwilę czytał a potem mruknął coś co brzmiało jak "kurwa" i wyszedł z domu. 
Reszta wyglądała jakby już wszystko wiedziała i tylko siedzieli spoglądając na siebie z niemym pytaniem w oczach. 
W końcu po części wkurwiona, po części zainteresowana chciałam sięgnąć po gazetę jednak Duff mnie wyprzedził i już po chwili zagłębiał się w treść artykułu. Nie minęło kilka minut a opuścił kartki i spojrzał na mnie jakby...ze strachem.
- Daj to.- syknęłam zdenerwowana i dosłownie wyrwałam mu ją z ręki.
Kiedy tylko sens napisanych słów wrył mi sie w podświadomość, poczerniało mi przed oczami. Usiadłam ciężko na podłodze i zimne ciarki przebiegły mi po plecach mimo tego, że było lato, słoneczny dzień i temperatura sięgająca 80 stopni Fahrenheita (koło 40 Celsjusza przyp. aut.)
Jednak nagle poderwałam się jak oparzona. Usiadłam w moich wizytowych spodniach na tym śmietniku. Otrzepałam się i wciąż trochę w szoku wzięłam do ręki torebkę.
Dziś oficjalnie wybierałam się obejrzeć moje nowe, a co najważniejsze -własne mieszkanie. Znajdowało się zbyt blisko rezydencji Gunsów gdyż nie mogłam niestety znaleźć niczego innego co wytrzymałby mój budżet. Mieszkanie znajdowało się w dosyć spokojnej okolicy na Hilldale Ave. Ulica była prostopadła do Sunset jednak nie sądze by ktokolwiek miał zamiar mnie odwiedzić.
Usłyszałam za sobą szybkie kroki, jakby ktoś biegł. Poczułam jak osoba kładzie rękę na moim ramieniu i gwałtownie się odwróciłam.
- Spokojnie.- mruknął Izzy.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Może nie kupuj jeszcze tego mieszkania. 
- Dlaczego?- spytałam zaniepokojona.
- Chciałem Cie wywieźć na trochę.- odpowiedział spuszczając wzrok na czubki swoich butów.
- O mnie się nie martw Izzy. Poradzę sobie. A teraz lecę bo się spóźnię.- powiedziałam  i szybko dałam mu całusa w policzek. 
Nie wierzę, że byłam taka śmiała. Bojąc się jego negatywnej reakcji na ten, dosyć wylewny, gest szybko ruszyłam przed siebie. No i co ty robisz dziewczyno?
Zawsze mogę powiedzieć, że był to tylko przyjacielski buziak.
A był?

- Dzień dobry.- powitał mnie właściciel otwierając szerzej drzwi abym mogła przejść. Był to niewysoki mężczyzna po czterdziestce z wielkim uśmiechem na twarzy i miło wyglądającymi oczami koloru oliwkowego. Zakola nie były zbytnio widoczne przez wymyślnie zaczesane włosy. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było tam  niezwykle czysto i pokoje miały ciekawy wystrój. 
Ogólnie do dyspozycji miałam kuchnię, łazienkę i dwa pokoje, w tym nieduży salon. 
- I jak?- spytał gdy po zwiedzaniu z jego inicjatywy usiedliśmy na chwilę i wypiliśmy herbatę. 
- Bardzo mi się podoba.- rzeczywiście, było tu bardzo przytulnie, a i sąsiadów jakoś nie słyszałam. 
- Cieszę się. Czyli wynajmuje pani?- spytał uprzejmie i podał mi talerz z ciastkami.
- Oczywiście.- odpowiedziałam.- Kiedy mogłabym się wprowadzić?- zadałam pytanie jednocześnie wyjmując z torebki uprzednio umówioną sumę.
- Choćby zaraz.- uśmiechnął się i już miał brać się za zmywanie naczyń po deserze, lecz ja gwałtownie wstałam wyjmując mu naczynia z rąk.
- Pan pozwoli. Jest pan moim gościem.
- Richard.- przedstawił się wyciągając do mnie dłoń, którą uścisnęłam. 
- Veronica, bardzo mi miło.
- To ja może nie będe przeszkadzał, do widzenia.

Właśnie przechadzałam się po raz setny po moim nowym mieszkaniu gdy nagle zatrzymał mnie dzwonek do drzwi.
- Kogo tam niesie?- szepnęłam do siebie i pobiegłam otworzyć.
Zdziwienie malowało się na mojej twarzy i przyznam, nie od razu się otrząsnęłam.
- Mogę wejść?- spytał niepewnie. 
- Tak tak. - speszyłam się i pośpiesznie zeszłam mu z drogi. Prawie dwumetrowy gość wkroczył do przedpokoju rozglądając się ciekawie. 
- Zapraszam. -mruknęłam prowadząc go na początku do kuchni, w celu wzięcia czegoś do przegryzienia i zrobienia herbaty, a następnie do salonu, gdzie siadłam na przeciwko niego podwijając nogi pod tyłek.- Słucham.
Długi czas siedział cicho zbierając się w sobie i wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt na ścianie za mną.
- Słuchaj Vic, ja.. ja.
- Nie chciałeś tak?- wtrąciłam za niego zirytowana jego jąkaniem się i niezdecydowaniem malującym się na twarzy.
- Posłuchaj, na prawde nie chciałem. Naćpałem się. Nic nie pamiętam!- krzyknął uderzając pięścią w udo na podkreślenie swoich słów.
- Nie krzycz na mnie! Zrobiłeś to na własną odpowiedzialność. 
Na te słowa schował głowę w dłoniach. Chwilę potem zobaczyłam jak głęboko oddycha.
Kiedy ją podniósł  widziałam, że ma łzy w oczach. Trochę się zaniepokoiłam i spuściłam z tonu.
- Mówiłam, żeby się nie śpieszyć.
- Ale ja cie kocham! Tylko, tylko jestem słaby.
- Boże Duff! To może przestań się w końcu otumaniać i weź życie w swoje ręce, co?!- powiedziałam wzburzona, odstawiając kubek z herbatą na niski stolik.
- Pomóż mi Veronica.- wyjęczał patrząc na nią błagalnie.
Dłużej nie mogła już tego znosić. Podniosła się gwałtownie z fotela.
- Sądze, że powinieneś już iść.
- Proszę..
Rzuciłam mu ostre spojrzenie i dłonią wykonałam gest, który miał znaczyć, że ma mi już zniknąć sprzed oczu. Powłóczystymi krokami przemierzał korytarz. Kiedy zamykałam mu drzwi przed nosem wyraz jego twarzy zmienił się. Włożył but w małą szczelinę skutecznie uniemożliwiając mi zatrzaśnięcie drzwi.
- Jeszcze nie skończyłem.

____________________________________________________________
 Miłych wakacji państwu życzę! <33
Piekielnie dziękuje za liczbę wyświetleń (; xd

PS: Jeżeli kogoś interesuje jak wygląda Kristen to zapraszam do zakładki Bohaterowie-No one needs the pain. 

Rozdział 5 drugiego opowiadania już sie pisze c:

piątek, 20 czerwca 2014

23.

Combo, Należy się wam xd
Breathe.. 
___________________________________________________________

Steven.
  Kobieta. Płacze przy mnie. Pierwszy raz nie mam pojęcia co robić. Może magiczny uśmiech Stevena? Patrzy na mnie przez chwilę zdziwiona, a po chwili..zaczyna ryczeć. Stwierdzam iż kobiety to strasznie dziwne stworzenia i nawet nie zamierzam ich rozumieć. Rola kobiet w moim życiu nie wykracza poza scenariusz. Chyba wiadomo jaki. I raczej nie zamierzam tego zmieniać. 

Vic.
  Miarowe pikanie szpitalnej maszynerii po raz kolejny uśpiło Duffa. Jednak ten nadal nie pozwala wypuścić mi dłoni ściskając ją kurczowo. Mruczy coś po cichu o wódce i dragach i uśmiecha się pod nosem. 
 Jestem zmęczona. Mój oddech pachnie kofeiną po czwartej już dzisiaj kawie. Ręce drżą z nerwów. Opieram głowę na łóżku i próbuje zasnąć. Niestety. Za dużo myśli biega jak oszalałe po głowie. Drzwi otwierają się powoli i widać w nich Agnes. Jak ja jest zmęczona, smutna ale jest w niej coś jeszcze, czego nie umiem odczytać. Wzdycham ciężko. 
- Przynieś mi kawy i coś do jedzenia jakbyś mogła.- odzywam się cicho.
Kiwa głową że zrozumiała i przepuszcza w drzwiach Izziego. Ten siada po drugiej stronie.
- Nadal przy nim siedzisz?
Unoszę do góry nasze splecione dłonie jako odpowiedź.
- Powinnaś chociaż się przespać.- mówi zatroskany.
- Nie mogę. Myśli mi przeszkadzają. 
Potakuje ze zrozumieniem głową. Po chwili ciszy kładzie na łóżku swoją dłoń i zachęcająco się uśmiecha. Chwytam ją i kładę głowę na brzuchu Michaela. Po chwili słyszę jak Izzy zaczyna nucić. Rozpoznaję w tym Breathe Pink Floyd. Dołączam się. Zasypiam..

 Oddychaj, wdychaj powietrze,
nie bój się troszczyć.
Odejdź, lecz nie zostawiaj mnie.
Rozejrzyj się, wybierz własny grunt.

 Axl.
 Popatrzcie jak się staram. Właśnie zapieprzam do szpitala, wydając na taksówkę ostatnie 10 dolców. Jestem trochę zdenerwowany, w palcach lewej ręki miętoszę papierosa. W prawej trzymam zapalniczkę.Pstrykam nią od czasu do czasu w rytm jakiegoś gówna w radiu. 
- Mógłby pan to ściszyć?!- wydzieram się ciut za mocno. Przestraszony kierowca sięga do pokrętła i po chwili w aucie słychać tylko moje nerwowe pstrykanie. 
  Dobra dostarczę się tam i co powiem? Że olałem Duffa i poszedłem się pieprzyć a teraz wracam bo liczę...No właśnie...na co ja po czymś takim liczę? Rzucą mi się wszyscy w ramiona i serdecznie przywitają z uśmiechami na twarzy? W sumie byłoby miło. Ale tak nie będzie. Skąd wiem? Nie od dzisiaj wiadomo, że wszyscy kochają Axelka...

Kristen.
 Blondyn siedzi obok mnie zszokowany i widać, że nie wie co ma zrobić. Zapewne spotyka się z taką sytuacją po raz pierwszy i nie ma co się dziwić jego zachowaniu. Sama jestem trochę sobą rozczarowana. Zwykle nerwy trzymam na wodzy, trudno jest mnie zdenerwować lub wywołać jakąkolwiek reakcję. Z drugiej strony, jeśli przyjdzie co do czego mogę  gadać i gadać. Dlatego nie ukrywam zawsze byłam lubiana i szanowana- zarówno w pracy jak i na gruncie towarzyskim. I przyznam, dobrze się czułam sama ze sobą co jest chyba najważniejsze. 
- Kristen jestem, miło mi.- wyciągam do niego rękę. Na twarzy mam zapewne rozmazany makijaż, a ubranie jest pomięte i brudne. W tej chwili mam to w dupie. Coś we mnie pękło, wyryczałam się i jest Ok. Mam zamiar zaprezentować mojemu "mężu" i całemu światu że mam pazurki i umiem nawet ich użyć. Spogląda na mnie speszony na początku ale po chwili usta rozciągają się w uśmiechu.
- Wybacz za samochód..ja..ja nie chciałem- jąka zawstydzony i podnosi tyłek z asfaltu.
- W sumie...Pieprzyć to.- mówię z przekonaniem i macham na to ręką.- Pieprzyć!- krzyczę w stronę sznuru nadjeżdżających samochodów.
- I to mi się podoba.- macha głową z uznaniem.- No ale jeśli wypadek już się zdarzył a z powrotem do LA dużo jeszcze zostało to..- po chwili zgina się dziwnie. Jakby chciał ale nie mógł kucnąć. Przy okazji próbuje utrzymać równowagę.. Patrzę na to zdziwiona. 
- Wskakuj.- przekonuje.- Na piechotę nie dasz rady.
- A ty dasz?- prowokuje, lustrując go powoli wzrokiem.
- Oczywiście. Wskakuj.- powtarza.
Jak polecił tak uczyniłam.

                             ***
  Kiedy komisarz Edward Lee przyjeżdża na miejsce zaalarmowany anonimowym telefonem o wypadku, zastaje ciekawy widok. Obok rozbitego samochodu, na spalonym słońcem asfalcie równiutko ustawione stoją czerwonokrwiste szpilki i pudełko po papierosach.  Cienkich, mentolowych.
- Kobieta kierowca...- szepcze pocierając oczy i uśmiechając się.


Slash.
- Co tam trzymasz w rękach? - zachodzi go od tyłu Agnes. Wzdryga się na dźwięk jej głosu. Jest jakiś... ostry?
- Gazetę, a nie widać?- odpowiadam na odczepnego. Chcę żeby blondynka jak najszybciej mnie zostawiła. Nie czuję się komfortowo w jej towarzystwie. 
- Nie musisz mnie tak traktować.- wbrew podtekstów ukrytych za kurtyną słów siada na przeciwko. Odkładam kartki na blat stołu w szpitalnej jadalni.
- Idę się przewietrzyć.- informuję ją i zgarniając z oparcia krzesła swoją skórzaną ramoneskę, czym prędzej opuszczam pomieszczenie. 
Suka. 
Myśli, że jestem tępy i głuchy?
Wydobywam z siebie gardłowy śmiech a następnie zapalam papierosa.

Dziewczyna zszokowana została przy stoliku. Z tępym wyrazem twarzy wpatruje się w drzwi za którymi chwilę wcześniej zniknął Mulat. Następnie wstaje w tym samym celu. Jednakże tytuł czytanej wcześniej przez chłopaka gazety sprawia, że jak bezwładny worek opada na krzesło. 
Rozkłada ją drżącymi dłońmi.

Steven.
Dobra dziewczyna jest zgrabna i w ogóle ale po kilku kilometrach nie mogę już upierać się przy tym, że jest leciutka. Normalnie plecy mi odpadają i chyba nigdy sie już nie wyprostuje. 
Garbaty Steven z Notre Vegas.
- Nie zgłodniałaś przypadkiem?- pytam z nadzieją.
- Nie.- odpowiada z uśmiechem dyndając nogami, co nie ułatwia mi drogi. 
- Może jednak.- syczę bo coś mi strzeliło w szyi.
- Czyli nie dałeś rady.- mówi śmiejąc się i szybko zeskakuje ze swojego miejsca. Kontynuuje drogę o własnych siłach.
Boso.
Po rozgrzanym asfalcie Miasta Aniołów.

- Długo jeszcze? - jęczę wlokąc się za nią. Jest po południu i pogoda nas nie oszczędza. Brakuje mi sił a ta istota zapiernicza do przodu jakby miała motorek w dupie.
- Gdybyś nas tak nie załatwił to już dawno byśmy tam byli. Nie narzekaj.- odpowiada z uśmiechem. Potykam się a ona wybucha śmiechem.
Kobiety..

Agnes.
Mój wzrok szybko przebiegał przez małe literki. Treść artykułu wżynała się w mózg i w wyobraźnie. Wielki czerwony komunikat w głowie mówił, że mamy kłopoty.
Naprawdę? 
No nie pieprz mózgu.

Czym prędzej zerwałam się z krzesła i chwytając gazetę popędziłam na piętro, na którym leżał Duff. Bez zbędnych ceregieli wpadłam do jego sali. Izzy rzucił mi paraliżujące spojrzenie i jednocześnie uniósł palec do ust. Zrozumiałam komunikat. 
Vic zasnęła i mam wypieprzać z sali. 
Na odchodnego rzuciłam mu gazetę na kolana i szeptem dodałam.
- Veronica jest sławna. Wy zresztą też.

Izzy. 
Szeptem czytałem artykuł z podrzuconej mi przez Agnes gazety.

"Kilka dni temu w klubie Troubadour doszło do wstrząsającego incydentu. Mianowicie szef całego przybytku gdzie w wolnych chwilach można było przyjść i miło spędzić czas słuchając początkujących kapel został zaatakowany. Bulwersujące jest to, że nawet we własnej knajpie nie można się czuć bezpiecznie. Stało się to po koncercie zespołu "Guns and Roses".."

Izzy przerwał. Cholera nawet nazwę źle napisali. Chuje jedne, żeby im się ten artykuł nie odbił czkawką...

"Zainteresowana całą sprawą udałam się do szpitala, żeby porozmawiać z poszkodowanym. Czatowałam pod jego salą całą noc, gdyż jego stan był poważny. W końcu zostałam wpuszczona do sali. W rogu, na krześle przysnęła kelnerka. Według plakietki Michelle jej było na imię. Młoda osóbka.
- To ona uratowała mi życie.- odezwał się cichy głos. Wiedziona dziennikarską ciekawością delikatnie zaczęłam wypytywać młodego mężczyznę. 
Mark był otwarty i nie omieszkał poinformować mnie jak to sie stało i za sprawą kogo. Jednak zacznijmy od początku.
Mianowicie. Udał się na zaplecze, gdyż jedna z jego pracownic nie chciała wyjść na występ.."

Co to za pierdoły?- mruknąłem i wróciłem do lektury.


"Zaatakowała mnie.-mówi szczerze.- Nie wiem dlaczego, przecież nic jej nigdy nie zrobiłem..."

Krew się we mnie dosłownie zagotowała. Zgniotłem rogi gazety przy zwijaniu dłoni w pięść. Starałem sie uspokoić oddech. Powiedzmy, że mi się udało.

"Przez mgłę pamiętam jej imię. Vi..Victoria? W każdym bądź razie każdy wołał na nią Vic. Nawet tych pięciu gnoi, którzy przywlekli za nią swoje dupska. Brunetka, a może szatynka? Niewysoka. Zielono-niebieskie oczy. Złapała mnie za głowę pamiętam. Jakby chciała mnie pocałować. Oczywiście byłoby to miłe doświadczenie, w końcu była całkiem ładna. Nie wyobrażam sobie jednak spoufalania sie z pracownicami. Jednakże nie zrobiła tego. Z całej siły uderzyła moją głową o stół. Dalej nie pamiętam.

Te przerażające świadectwo ma na celu ostrzec was. Nie jest już bezpiecznie w Los Angeles."

Szybko, żeby nie obudzić Vic wyszedłem z sali i poszedłem zapalić papierosa. Obok mnie spokojnie stał Slash. Nerwowo zaciągnąłem sie dymem.
- No to mamy kłopoty.- usłyszałem jego głos.
Lepiej bym tego nie ujął kolego. Lepiej bym nie ujął...
______________________________________________________________

Ścierwo trochę wyszło. No ale. 


PS: dziękuje bardzo bardzo serdecznie za ponad 6000 wyświetleń. Pewnie połowę sama nabiłam, nerwowo odświeżając stronę i czekając na wasze komentarze, no ale nie ważne XD